Reklama

Reklama

Levinsky: Dyktatura piłkarzy

Żyjemy w czasach dyktatury piłkarzy. Na szczerość i prawdę możemy liczyć tylko od tych, którzy kończąc karierę oddalają się od ustanowionych reguł gry – pisze dla Interii Sergio Levinsky.

W ciągu jednego tygodnia mieliśmy dwie wypowiedzi, które na całym świecie zwracają uwagę. Gerard Pique, wciąż piłkarz FC Barcelony, mimo swoich wielu biznesowych projektów związanych ze światem sportu, powiedział, że wszystko, co otacza świat futbolu to farsa i że wiele deklaracji, które składają zawodnicy są tylko po to, aby się o nich mówiło w mediach.

Reklama

Były lewy obrońca Realu Madryt, Brazylijczyk, Roberto Carlos, przyznał zaś, że drużyna piłkarska jest w stanie doprowadzić do wyrzucenia trenera z klubu, jeśli ten im nie odpowiada. Mogą to osiągnąć, decydując się na przykład na złą grę, nawet jeśli to miałoby zaważyć na losie klubu.

Roberto Carlos podał nawet przykład brazylijskiego trenera, Vanderleia Luxemburgo, który trenował "Królewskich" w latach 2004-2005 i któremu zespół nie tylko nie pomógł, ale przysłużył się do jego przedwczesnego zwolnienia, bo - jak  przyznał piłkarz - narzucił niewygodne godziny popołudniowych treningów i za dużo od nich wymagał.  - A na przykład Vicente Del Bosque (1999-2003, mistrz Hiszpanii, zdobywca Ligi Mistrzów i Pucharów Interkontynentalnych) był naszym przyjacielem i ustaliliśmy z nim popołudniowe treningi na 17. To była jedyna godzina, na którą mogliśmy zdążyć, bo bardzo dużo podróżowaliśmy, zwykle w sprawach prywatnych, i mogliśmy skoordynować nasze prywatne loty - wyjaśniał Roberto Carlos.

Jest pewna cecha wspólna w wypowiedziach obu piłkarzy. Na głośne wypowiadanie takich opinii mogą sobie pozwolić albo osoby, które już odeszły z czynnego futbolu i nie mają nic do stracenia albo ci, których działalność daleko wykracza poza grę w piłkę i którzy zbliżają się do końca kariery sportowej.  

Futbolem rządzi wiele interesów, zawodnicy niechętnie się zwierzają i kiedy czują, że dziennikarz albo redakcja chcą zadawać pytania wykraczające poza przyjęte ramy, zdarza się, że nie stawiają się na wywiadzie. Zawsze wolą luźną atmosferę, ale nie lubią, jak podczas rozmowy ktoś ich przyciska i wymaga odpowiedzi, przez którą mogliby mieć potem problemy w klubie. Wiedząc, że takie same zwyczaje panują we wszystkich klubach, zadaniem ich rzeczników prasowych, również rzeczników reprezentacji narodowych, jest przede wszystkim ochrona piłkarzy i ograniczanie do nich dostępu mediów, a nie ułatwianie tego.

Przypadek Roberta Carlosa i Pique jest wyjątkiem, prawdopodobnie dzięki charakterom każdego z tych piłkarzy. Obaj lubią mówić, co myślą, bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Roberto Carlos zagrał przed laty w Buenos Aires niesamowity mecz Argentyny z Brazylią. Miał przeciwko sobie całe trybuny. Nie stracił jednak humoru i po zakończeniu meczu postanowił zostać w mieście, żeby je zwiedzić. Podobnie do Pique i Carlosa zachowują się: Dani Alves, trochę bardziej ekscentrycznie Zlatan Ibrahimović czy Carlos Tévez (też bliski zakończenia kariery). Nie jest przypadkiem, że ci, którzy dużo mówią bez analizowania ewentualnych konsekwencji to zwykle weterani.

Przypadek Pique jest szczególny. Katalończyk jest biznesmenem, organizatorem turniejów, jak na przykład nowego Pucharu Davisa, a od niedawno negocjuje zorganizowanie nowego, międzynarodowego turnieju drużyn piłkarskich i wciąż jest aktywnym piłkarzem. Czyli wciąż obowiązuje go dyscyplina klubu, ale równocześnie jest niezależny i prowadzi własne interesy. To daje mu pewien "plus", podobnie jak jego wysoki poziom intelektu, i pozwala na odważne deklaracje.

W każdym razie, wypowiedzi o jakich wspominam zachęcają nas do refleksji, że piłkarze robią co chcą z mediami. Podobnie jak trenerzy a nawet prezesi klubów. Przypomnijmy sobie początek tego sezonu, kiedy to zawodnicy Barcelony nie całkiem poparli decyzję klubu o zatrudnieniu Antoine’a Griezmanna i odpuszczeniu transferu Neymara. Lionel Messi głośno powiedział wtedy: - Nie wiem, czy władze zrobiły wszystko, co było w ich mocy - mając na myśli Brazylijczyka. A hiszpańska prasa do dzisiaj oblicza liczbę piłek, jakie Argentyńczyk podaje podczas meczu Francuzowi.

Wszystko wskazuje na to, że żyjemy w czasach ery piłkarzy, którzy zarabiają fortuny, a przez globalizację i sieci społecznościowe robią, co chcą z systemem futbolu. Są coraz bardziej świadomi, że kluby mogą zmienić trenera, a nawet prezesów, ale nie mogą obyć się bez zawodników. I dlatego - mając miliony na koncie bankowym i wielkie inwestycje o powodzenie których dbają sztaby doradców - każdy z piłkarzy może powiedzieć “nie". Nie - jeśli chodzi o przychodzenie na poranne treningi, bo są zbyt wcześnie,  nie - zbyt wymagającym trenerom, również dziennikarzom zadającym niewygodne pytania, (jeśli chcą, aby ich wypowiedź dotarła do publiczności, wystarczy że skorzystają z Twittera albo Instagrama). Żyją w domach z kryształu.

My zaś, dziennikarze zajmujący się futbolem, żyjemy w czasach dyktatury piłkarzy. Na szczerość i prawdę możemy liczyć tylko od tych, którzy kończąc karierę oddalają się od ustanowionych reguł gry, nie mają zobowiązań wobec klubów, nie boją się i znów przybierają ludzką formę - z krwi i kości.

Sergio Levinsky

Dowiedz się więcej na temat: FC Barcelona

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje