Reklama

Reklama

Bez kibiców grozi im bankructwo

Okres zimowy w Wielkiej Brytanii przebiega pod znakiem klubów, które albo wracają, albo przymierzają się do powrotu. W przyszłorocznej Championship, po 14 latach przerwy, wystartuje drużyna Oxford Cheetahs, do startu w National Develompment League przymierzają się w Workington (ostatni raz w lidze w 2018 roku), a prace nad wskrzeszeniem żużla trwają też w Birmingham. Zarządzający klubem zakładają, że zespół będzie rentowny, jeśli na każdym meczu domowym będzie pojawiać się co najmniej 1000 kibiców.

To absolutny plan minimum, zakładający, że włodarzom nie uda się pozyskać żadnych dodatkowych środków. Znając warunki brytyjskie może się wydawać, że tysiąc widzów to wręcz zaporowa liczba. Nigel Tolley, czyli główny członek konsorcjum ratującego żużel w Birmingham zapewnia, że rezerwy, jeśli chodzi o potencjalnych kibiców, są naprawdę spore. - Mamy mnóstwo pracy do wykonania w zakresie marketingu i promocji. Nasze badania pokazują, że około 80% mieszkańców miasta nigdy nawet nie słyszało o żużlu. To szokujące, gdy się o tym myśli - powiedział kopromotor na łamach tygodnika Speedway Star. To tym bardziej szokujące, gdy doda się, że w Birmingham mieszka ponad milion mieszkańców, a 80% to, bagatela, prawie 900 tysięcy osób.

Reklama

Przy takim potencjale, ambitne plany dotyczące liczby widzów na trybunach nie mogą dziwić. Nawet jeśli udałoby się pozyskać dodatkowe finansowanie i ciężar odpowiedzialności kibiców za los ośrodka byłby mniejszy, włodarze i tak stawiają sobie za cel wysoką średnią liczbę kibiców odwiedzających stadion. - Częścią biznesplanu jest regularna frekwencja na poziomie ok. 1000 kibiców. To minimum, żebyśmy wychodzili na czysto. Oczywiście, im więcej sponsorów uda nam się pozyskać, tym mniejsza ta liczba będzie, niemniej jednak i tak będziemy celowali by średnia frekwencja była co najmniej na tym poziomie - tłumaczył Tolley na łamach brytyjskiej gazety.

Birmingham Brummies jak Wisła Kraków?

Kilka lat temu kluczową rolę w ratowaniu Wisły Kraków odegrali kibice, którzy rzucili się na udziały sprzedawane przez klub. W Birmingham, choć pewnie przypadku Wisły nie znają, również chcą by kibice byli współwłaścicielami klubu. Włodarze zaproponowali akcje w cenie 1 funta za jedną w pakietach co najmniej 100 akcji. Jak przekazał Nigel Tolley, odzew był fantastyczny. - Mnóstwo ludzi chwaliło ten pomysł, który jest jednym z elementów zapewnienia klubowi stabilnej przyszłości - mówił na łamach Speedway Stara.

Czy Brummies podzielą los Newcastle Diamonds i ich ligowy byt również uda się uratować? Na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik mają w Birmingham już niewiele czasu, bo jeszcze grudniu ma się odbyć walne zgromadzenie brytyjskiego żużla, na którym zostanie podjęta ostateczna decyzja w sprawie dopuszczenia Birmingham Brummies do przyszłorocznej Championship.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje