Reklama

Reklama

Mecz, który odmienił futbol

Z dzisiejszego punktu widzenia to wręcz niewiarygodne, że zwykły towarzyski mecz tak mocno wpłynął na historię futbolu. Mija 60 lat od chwili, kiedy "Złota Jedenastka" Węgier, jako pierwsza drużyna spoza Wysp zdobyła Wembley bijąc Anglików 6-3.

O bucie, arogancji, nieuzasadnionej pewności siebie twórców futbolu krążą legendy. Już w 1953 roku Anglicy mieli jednak mnóstwo powodów do niepokoju o stan dyscypliny, którą wymyślili. Z mundialu trzy lata wcześniej ich drużyna wróciła na tarczy, po porażce z Amerykanami media brytyjskie musiały ogłaszać "koniec świata", nie po raz ostatni. Za prawdziwy koniec imperium uchodzi jednak data 25 listopada 1953 roku, kiedy 110 tysięcy ludzi na Wembley zobaczyło socjalistyczny cud, czyli "Złotą Jedenastkę" Węgier. Po zwycięstwie 6-3 gości pożegnała owacja trybun, następnego dnia angielscy kibice odprowadzili ich na stację, skąd bohaterowie, już w glorii nauczycieli futbolu wracali pociągiem do Budapesztu.

 W meczach towarzyskich przed starciem z Węgrami Anglicy remisowali na Wembley z Francją, Austrią i Włochami, podczas tournee latem 1953 roku przegrali z Argentyną i Urugwajem, mimo wszystko gorąco wierzyli w swoją nieprzemijającą moc. Sił dodał im mecz w październiku 1953 roku, gdy zremisowali 4-4 z drużyną nazywaną "Resztą Świata". Choć mistrzowie olimpijscy z Węgier nie przegrali od 24 spotkań, Anglicy przez 90 lat nie ponieśli porażki u siebie z zespołem spoza Wysp. 25 listopada 1953 roku miało się to zmienić.

Gdy oba zespoły wyszły na murawę Wembley Billi Wright spojrzał na dziwaczne buty Węgrów i zadowolony powiedział do Stana Mortensena "powinno być dobrze". Kapitanowi Anglików wydało się, iż goście są totalnie nieprzygotowani do walki. W takich butach ich nogi miały ugrzęznąć w murawie. Okazało się jednak, że lekkie obuwie bardzo pomogło gościom. Wbrew wyobrażeniem Anglików, znakomicie przygotowali się oni do wyprawy. Podczas zgrupowania przedmeczowego na Węgrzech trener Gusztav Sebes pełniący w swoim kraju także ważne funkcje państwowe (także wiceministra sportu), stworzył warunki podobne do tych, które zespół miał zastać w Londynie. Postarano się nawet o mgłę nad treningowym boiskiem, a także sprowadzono z Wysp angielskie piłki.

Goście zza żelaznej kurtyny, czyli drużyna stworzona, by udowodnić wyższość socjalistycznego podejścia do sportu, okazała się bezdyskusyjnie lepsza technicznie, bardziej wytrzymała, odporniejsza na stres, dysponująca najnowszymi metodami. Anglików zszokowała rozgrzewka, którą Węgrzy przeprowadzili przed meczem, nie mówiąc o nowoczesnej taktyce robiącej wodę z mózgu graczom gospodarzy.

Harry Johnston miał powstrzymywać napastnika Nandora Hidegkutiego, który jednak wyciągał go za sobą cofając się do pomocy, by zrobić miejsce pod bramką zbiegającym do środka nominalnym skrzydłowym Sandorowi Kocsisowi i Ferencowi Puskasowi. Gol na 2-1 Puskasa był dziełem sztuki. "Galopujący major" ograł Wrighta jak juniora, a dziennikarz "The Timesa" napisał w relacji, że kapitan Anglików musiał się poczuć jak kierowca wozu strażackiego wysłanego w pole fałszywym alarmem.

Lekcję węgierskiego futbolu odebrał na żywo też Alf Ramsey, człowiek, który 13 lat później, jako trener poprowadzi Anglików do jedynego tytułu mistrza świata. Mecz z 25 listopada 1953 roku zrewolucjonizował futbol, ale przede wszystkim zmienił przekonanie Anglików, że ich wynalazek należy do nich. Szkoleniowcy z Wysp otworzyli się w końcu na świat.

Reklama

Bardziej fascynująca była jednak historia złotej drużyny Sebesa. Stworzył ją człowiek gorąco wierzący w socjalizm i Węgierską Partię Pracujących. Skoszarował najbardziej utalentowanych piłkarzy w jednym klubie (Honved), który został przejęty przez ministerstwo obrony. Tam genialni gracze Sebesa odbywali służbę dla ojczyzny. A potem wygrywali dla niej wszystko aż do pamiętnego finału mundialu w 1954 roku. Tuż przed startem mistrzostw świata w Szwajcarii Węgrzy ograli Anglików w Budapeszcie 7-1. Dla nikogo nie było to już jednak sensacją.

W eliminacjach MŚ’54 Węgrzy trafili na Polaków, ci jednak odmówili gry bojąc się kompromitacji. W spotkaniu grupy B już w Szwajcarii Węgrzy pokonali Niemców 8-3. Sepp Herberger wystawił jednak rezerwy czując, że jest za wcześnie by rzucać wyzwanie najsilniejszym. W tamtym spotkaniu Werner Liebrich sfaulował Ferenca Puskasa, który pauzował w ćwierćfinale z Brazylią i półfinale z broniącym tytułu Urugwajem. Do finału przystąpił, zdobył pierwszą bramkę, w 9. minucie Węgrzy prowadzili 2-0, a mimo wszystko przegrali 2-3. Był to chyba najbardziej zaskakujący i enigmatyczny finał w historii mundiali, ponoć piłkarze z Niemiec stosowali pervitin, środek pobudzający podawany podczas wojny pilotom i czołgistom.

Rozpacz na Węgrzech była adekwatna do oczekiwań i pewności zwycięstwa. Niedawni bohaterowie narodowi zmienili się we wrogów ludu. Także Puskas, "Galopujący major", który w wieku 12 lat porzucił szkołę, by zawodowo grać w piłkę. Drugą szansę dało mu powstanie węgierskie w 1956 roku, kiedy zbiegł do Hiszpanii, by cztery razy wystąpić w reprezentacji tego kraju. Dwa lata później, mając już 31 lat trafił do Realu, z którym wywalczył jeszcze trzy Puchary Europy. W 1960 roku w finale z Eintrachtem Frankfurt zdobył cztery gole. Nikt inny tego nie dokonał na tym poziomie. Najbliższy był Robert Lewandowski z "pokerem" w półfinale ostatniej edycji Champions League przeciw Realowi.

Ze strzeleckimi dokonaniami starszawego Puskasa rozprawia się właśnie Cristiano Ronaldo. Co by jednak było, gdyby Węgier trafił do królewskiego klubu w szczycie swoich możliwości? Dla "Złotej Jedenastki" zdobył 84 bramki w 85 meczach. Gdyby sędzia uznał mu tę najważniejszą, na 3-3, tuż przed końcem finału z Niemcami w 1954 roku, historia potoczyłaby się inaczej. Ale arbiter odgwizdał spalonego, spory, czy miał podstawy, trwają nadal...

Puskas skończył karierę w 1966 roku, kiedy Anglicy odzyskiwali na chwilę swoje poczucie wielkości. Był niezłym trenerem, Panathinaikos Ateny doprowadził do finału Pucharu Europy w 1971 roku. Dekadę później wrócił na Węgry. Nękany chorobą Alzheimera zmarł we wrześniu 2006 roku. 13 miesięcy wcześniej Real rozegrał spotkanie z zespołem gwiazd, z którego dochód przeznaczono na leczenie "Galopującego majora". Dziś jego imię nosi nagroda dla strzelca najpiękniejszej bramki roku.

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim


Dowiedz się więcej na temat: Ferenc Puskas | Real Madryt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje