Oszczędności doprowadzone do absurdu. Polski klub bez kontaktu ze światem
Pierwszoligowa Lechia Gdańsk na półmetku rozgrywek zajmuje 4. miejsce, co stanowi niezłą pozycję wyjściową przed wiosenną batalią o powrót do Ekstraklasy. Na boisku odbudowa klubu układa się nieźle, gorzej poza nim - gdańszczanie nie wysłali nikogo z działu medialnego na zgrupowanie do tureckiej Lary - to sytuacja zgoła niezwykła. Nie było żadnej relacji z dzisiejszego sparingu z drużyną z Uzbekistanu, ponieważ jedyny pracownik, który panuje nad social mediami, udał się na dawno zapowiadany urlop. Nowi właściciele Lechii wyraźnie wybrali drogę na skróty, chcą jak najszybciej awansować do Ekstralasy i sprzedać klub z zyskiem. Co jeśli ten plan się nie powiedzie? Czy znów, jak rok temu Lechia Gdańsk stanie nad przepaścią?

Lechia Gdańsk będzie na wiosnę walczyć o powrót do Ekstraklasy. Czwarte miejsce po pierwszej części sezonu to niezłą pozycję wyjściową przed wiosną. Runda jesienna była względnie udana, zwłaszcza po totalnej rewolucji i letniej przebudowie drużyny i klubu. Poprzedni właściciel Adam Mandziara zostawił w Gdańsku prawdziwe zgliszcza.
W imieniu funduszu MADA klub przejął Szwajcar Paolo Urfer i zaczął wielkie porządki. Pierwszym transferem i pokazaniem muskułów było zakontraktowanie Luisa Fernandeza, który według różnych wersji zarabia około 150 tysięcy złotych miesięcznie. Zgodnie z tym co pisaliśmy po raz pierwszy od dekady piłkarze grający w Biało-Zielonych strojach spędzili wieczerzę wigilijną bez zaległości płacowych. Chwała nowym właścicielom za to, że de facto uratowali klub przed upadkiem, jednak oprócz pierwszej drużyny Lechia nie znajduje się w lepszym stanie niż przed przejęciem. Kiepsko radzi sobie klubowa akademia, która narzeka na brak rąk do pracy, słabo też wygląda klubowy PR. Być może oszczędności wynikają z "niespodzianek" zostawionych przez poprzednią ekipę - wśród nich jest m.in. rozwiązany kontrakt Ilkaya Durmusa (domaga się od Lechii ponad milion euro) oraz konieczność zapłacenia pracownikom, których dawno już w Gdańsku nie ma, jak hiszpański trener David Badia czy niemiecki skrzydłowy Christian Clemens.
Lechia Gdańsk bez kontaktu ze światem
Od miesięcy Lechia Gdańsk funkcjonuje bez rzecznika prasowego, a na aż trzytygodniowe zgrupowanie w tureckiej Larze nie został wysłany nikt z i tak bardzo okrojonego działu medialnego. Jednak standardem jest wysłanie choćby skromnego zespołu, zwłaszcza że jednocześnie klub namawia do nabycia karnetów na rundę wiosenną rozgrywek.
Trudno kogoś namówić bez choćby pobieżnego przybliżenia drużyny, lepiej przychodzi się w gości do kogoś, kogo się zna. Tym bardziej że pierwszy wiosenny mecz z Wisłą Płock odbędzie się z ograniczoną publicznością - to kara za popisy pirotechniczne kibiców jeszcze w zeszłym roku.
Pierwszy turecki sparing z Dritą Gnijalne (1-2) można było obejrzeć na pirackim "streamie" poza tym kosowski rywal relacjonował spotkanie w swoich social mediach. Problem pojawił się dzisiaj - Neftczi Fergana z Uzbekistanu prezentuje standardy azjatyckie, w dodatku pech chciał, że jedyny pracownik Lechii Gdańsk, który panuje nad klubowymi social mediami poszedł na dawno zapowiadany urlop. W tej sytuacji Biało-Zieloni zostali medialnie odcięci od świata, a kibice w social mediach zgadywali kto zdobył zwycięską bramkę - Dawid Bugaj czy Tomas Bobcek.
Nowi właściciele wyraźnie wybrali drogę na skróty, chcą jak najszybciej awansować do Ekstralasy i sprzedać klub z zyskiem. Co jeśli ten plan się nie powiedzie? Czy znów, jak rok temu Lechia Gdańsk stanie nad przepaścią?
Maciej Słomiński, INTERIA













