Reklama

Reklama

  • 1 .Wisła Kraków (4 pkt.)
  • 2 .Jagiellonia Białystok (4 pkt.)
  • 3 .Lech Poznań (4 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (4 pkt.)
  • 5 .Radomiak (4 pkt.)
  • 6 .Śląsk Wrocław (4 pkt.)
  • 7 .Lechia Gdańsk (4 pkt.)
  • 8 .Piast Gliwice (3 pkt.)

Puchar Polski. ​1979 - pierwszy triumf Arki Gdynia

Trzej przyjaciele z Arki: Czesław Boguszewicz, Tomasz Korynt i Janusz Kupcewicz wspominają sensacyjne zdobycie trofeum 42 lata temu. Tak jak teraz finał Pucharu Polski odbył się w Lublinie. W niedzielę o godzinie 16 finał Pucharu Polski Raków Częstochowa - Arka Gdynia. Transmisja w Polsacie i Polsacie Sport.

Jest na świecie wiele pięknie położonych stadionów piłkarskich. Jest stadion w portugalskiej Bradze, który wyrasta ze wzgórza, jest obiekt w chorwackim Trogirze, który sąsiaduje ze średniowiecznym zamkiem, są stadiony angielskiego Fulham i w Wenecji, na które kibice mogą przybyć łodziami. Unikalny w skali polskiej był stary stadion Arki Gdynia, przy ulicy Ejsmonda. Z jednej strony Bulwar Nadmorski, z drugiej słynna "Górka", gdzie zasiadali przez lata najzagorzalsi kibice "Żółto-Niebieskich". Dlaczego piszę o tym obiekcie w czasie przeszłym? Dziś zamiast stadionu przy Ejsmonda są korty tenisowe. Do budżetu obywatelskiego Gdyni został zgłoszony projekt modernizacji tego kultowego dla pokoleń miejsca.

Reklama

- Kibice byli naszym "12" zawodnikiem, bez cienia przesady. "Górka" miała swoją moc, którą nam przekazywała - mówi Janusz Kupcewicz, najlepszy piłkarz w ponad 90-letniej historii Arki Gdynia.

Lada dzień Arka zagra z Rakowem Częstochowa w Lublinie (2 maja, godz. 16). Również w Lublinie w 1979 r., pierwszy Puchar Polski dla zdobyli trzej muszkieterowie Arki Gdynia, z którymi umówiłem się w okolicy kultowej kawiarni "Mariola" (niestety wciąż nie przyjmującej gości w czasie pandemii), zlokalizowanej tuż obok świątyni gdyńskiej piłki nożnej. 42 lata temu Czesław Boguszewicz był trenerem drużyny, Tomasz Korynt najlepszym snajperem, a Janusz Kupcewicz reżyserem gry piłkarzy znad morza.

Mimo upływu czasy hierarchia obowiązuje, pierwszy zabiera głos Boguszewicz.

- Proszę pana, jakie my mieliśmy warunki do treningu, dziś to jest nie do wyobrażenia! Nie mogliśmy przecież ćwiczyć za często na głównej płycie, by jej nie zniszczyć. Trenowaliśmy tu obok, w pobliżu  dzisiejszego Skweru Arki Gdynia, za bramki służyły nam drzewa. Przyjeżdżał milicjant na WFM-ce, zwracał uwagę, że niszczymy zieleń miejską. My na to, że przecież mamy pozwolenie z urzędu miasta, on pojechał sprawdzić, a my w nogi, w długą. Bywało, że piłka spadała ze skarpy w kierunku morza, to nie oznaczało przerwy w grze, dwóch piłkarzy biegło i wciąż walczyli o piłkę. Z tego co wiem, nigdy nam piłka do morza nie wpadła, choć kilka razy było blisko.

Boguszewicz jest niewiele starszy od swych piłkarzy. W 1979 r., w chwili zdobycia Pucharu Polski miał niecałe 29 lat, był najmłodszym trenerem w historii, który zdobył cenne trofeum. Przecież w tym wieku mógłby śmiało biegać po boisku. Wychodziło mu to zresztą nieźle, pięć razy zagrał w kadrze Polski, sposobił się już do wyjazdu na argentyński mundial.

- Miałem zrobione szczepienia i pobrane odciski palców przez ambasadę argentyńską w Warszawie. Niestety, na drodze stanęła nietypowa jak na piłkarza kontuzja. Podczas treningu kolega trafił mnie piłką w twarz i to z bardzo bliska. Nie zdążyłem zamknąć oka i zrobiła się w nim dziura, a siatkówka odpadła. Do nikogo nie mam pretensji, było - minęło. Cieszę się, że szybko odnalazłem się w piłce jako trener  - mówi Boguszewicz.

- Byliśmy kolegami z szatni, a tu nagle Czesiek nas gonił po bulwarze, od "Rybki" na drugi koniec! - z uśmiechem dodaje Tomasz Korynt, autor 41 bramek dla Arki w Ekstraklasie, jej najlepszy snajper na tym szczeblu.

- Takie były metody, radziecka szkoła. W książce o piłce nożnej miałeś na stronie 48, że dziś idziemy na siłownię, nikt z tym nie dyskutował. Jako piłkarz zagrałem 220 meczów na poziomie Ekstraklasy, doświadczenie miałem, ale piłkarskie. Byłem trenerskim żółtodziobem, co tu kryć? Wiele wziąłem od trenera Stefana Żywotki, który ściągał mnie do Pogoni Szczecin, potem do Arki. Dziś Żywotko ma 101 lat, przeszedł koronawirusa i ma się dobrze - tłumaczy Koryntowi Boguszewicz.

Korynt to nazwisko wyjątkowe dla wybrzeżowej piłki. Ojciec Tomasza, Roman był 35-krotnym reprezentantem kraju i legendą Lechii Gdańsk. Był jednak czas, że pan Roman pracował dla Arki, pomagał Boguszewiczowi w pracy trenerskiej.  

- Nie maczałem w tym palców! - zastrzega pan Tomek. - Ojciec, mieszkał blisko, na ulicy Antoniego Abrahama, Czesiu zapytał, czy by nie pomógł Arce swoją osobowością. Umówili się na trzy miesiące współpracy, ojciec długo myślał, miał swój biznes, nie chciał się zgodzić. Nieraz, już w seniorach, byłem po meczu z siebie zadowolony, ojciec miał inne zdanie. Oczywiście zdarzało się, że pochwalił - Tomasz Korynt wspomina ojca zmarłego w 2018 r.

Boguszewicz kontynuuje: - Roman pojechał z nami na obóz do Soczi. Zresztą tam nas okradli! Innym razem pojechaliśmy po sezonie na tournée po USA. Nasz ówczesny trener Jerzy Steckiw, którego początkowo byłem asystentem, spotkał kogoś z rodziny i w połowie sezonu 1978/79 wyjechał na stałe.

- Wszystkim nam proponowali, żebyśmy zostali w Stanach - wtrąca Tomasz Korynt. - Ale gdzie nam będzie lepiej niż nad morzem? - pyta retorycznie. - Z tamtej drużyny Arki, praktycznie wszyscy mieszkają w Trójmieście. Nawet jeśli kiedyś wyjechali, to na emeryturę wrócili do korzeni.

- Nie wszyscy są już wśród nas - zabiera głos milczący do tej pory Janusz Kupcewicz. - Nie żyje nasz kapitan Zbyszek Bieliński, nie żyją Jurek Zawiślan, Wiesiek Kwiatkowski. Ostatnio odeszli Franek Bochentyn i Adaś Musiał.

- Adaś to był model! - ożywia się Czesław Boguszewicz. - Gdy zostałem mianowany trenerem, z PZPN przyjechał Edmund Ziętara, sprawdzał czy portki mi nie falują i czy się nadaję. Gdy wreszcie wszedłem do chłopaków do szatni, mówię im, że nic się nie zmienia, prosiłem by mi pomogli. Adam wstał: panie trenerze, zawsze na pan! Adaś przestań! - uspakajałem go, przecież był starszy ode mnie. To był as!

- Na pewno pomogło, że tworzyliśmy jedną wielką rodzinę Arki Gdynia. Dosłownie! Dość powiedzieć, że w trójkę jak tu stoimy byliśmy jedynymi reprezentantami kraju w historii klubu, mieszkaliśmy w jednym bloku, w takiej szafie na 1 Armii Wojska Polskiego. Tuż obok głównej arterii miasta, ulicy Świętojańskiej, na dole była Cukiernia Arkadia. Wszyscy jak jeden znaleźliśmy się w książce Antoniego Bugajskiego "Był sobie piłkarz". Tak w książce jak życiu - w sąsiedztwie. Tomek na 29. pozycji, Czesiek na 31., ja na 40. - zauważa Kupcewicz.

Wspólnie czytamy skład Arki ze zwycięskiego finału Pucharu Polski w 1979 r. Jak byk wychodzi, że Janusz Kupcewicz (rocznik 1955) był najmłodszy.

- Przez pierwsze pół roku jak przyszedłem do Arki w 1974 r. nosiłem sprzęt, buntowałem się, niepokorny byłem. Potem dobrą grą, mam nadzieję, że zasłużyłem, żeby nosili inni.

9 maja 1979 r. w finale Pucharu Polski Wisła Kraków prowadziła po pierwszej połowie 1-0 z Arką Gdynia. Ostatecznie to arkowcy wygrali 2-1 i zdobyli cenne trofeum. Po meczu trener pokonanej "Białej Gwiazdy" Orest Lenczyk mówił: - To może zabrzmi śmiesznie, ale mecz ten przegraliśmy w pierwszej połowie. Wkładając dużo energii nie wykorzystaliśmy wielu szans bramkowych, a 1-0 to za mała zaliczka do prowadzenia gry spokojnej, zachowawczej.

Wyrównującą bramkę zdobył w 50. minucie firmowym strzałem z rzutu wolnego Janusz Kupcewicz.

- Nie urodziłem się z tym, doszedłem do dobrego poziomu codziennymi treningami. Zajęcia wtedy trwały po 2-2,5 godziny, dwa razy dziennie. Był taki piłkarz Boguś Wiśniewski, cały czas wykopywał piłkę na korty, żeby tam choć trochę odpocząć. Po treningu szliśmy razem do "Marioli", byliśmy stąd. Ilu piłkarzy dzisiejszej Arki jest stąd? Dwóch - Michał Marcjanik i Marcus da Silva, który urodził się w Brazylii. Dziś jest ogromna rotacja piłkarzy. Działaczy mieliśmy na medal. Przed meczem rozmawialiśmy z nimi: prezesie, dziś trudny mecz, dorzuci pan 500 zł więcej. Dorzucali. To byli ludzie związani z Arką i Gdynią. 40 rozmaitych firm wspierało Arkę - Dalmor, Nauta itd.

Wtedy, w 1979 r., drugą bramkę dla Arki z rzutu karnego zdobył Tadeusz Krystyniak i puchar pojechał do Gdyni. Rzuty karne zdecydowały również o losach ćwierćfinałowego meczu z Lechem Poznań. W normalnym czasie było 1-1, po dogrywce 2-2, zadecydował konkurs strzałów z 11 metrów.

- Mecz w listopadzie o 11 rano zakończony rzutami karnymi, gdyby rozpoczęto później kończylibyśmy o zmroku. Horror! Karne strzelane na bramkę, gdzie jest "Górka". To na pewno pomogło. Trzeba było  dziewięciu serii rzutów karnych, by mecz zakończyć naszą wygraną 7-6. Ja miałem strzelać następnego, na szczęście koledzy skończyli wcześniej. Rzuty karne nie były moją mocną stroną - przyznaje Tomasz Korynt.

Tak o tym meczu-horrorze w monografii Arki pisał Maciej Witczak: "Awans do ćwierćfinału stał się faktem. Arka rozegrała w nim bodaj najbardziej dramatyczny mecz, eliminując Lech Poznań dopiero po dziewiątej serii rzutów karnych i blisko trzygodzinnej walce. (...) Po dziewięćdziesięciu minutach (...) prowadzący spotkanie warszawski arbiter Dulski zarządził dogrywkę. Kiedy wkrótce po jej rozpoczęciu Tadeusz Krystyniak pewnie wykorzystał "jedenastkę" wydawało się, że szczęście uśmiechnie się do żółto-niebieskich, którzy mieli jeszcze kilka okazji do podwyższenia wyniku. Jednak na sześć minut przed końcem dogrywki napastnik poznaniaków Marek Skurczyński doprowadził do remisu i w efekcie do rzutów karnych. W pierwszej serii nie pomylił się żaden z egzekutorów ani w Lechu (Milewski, Szewczyk, Justek, Chojnacki, Kasalik), ani w Arce (Krystyniak, Kurzepa, Bieliński, Pietrzykowski, Dybicz), zatem rozpoczęto kolejną serię "do pierwszej różnicy". Strzał Mowlika obronił Czyżniewski (który tuż przed końcem dogrywki zastąpił Żemojtela), chwilę później rehabilitując się obroną strzału Janusza Kupcewicza. Napierała i Bochentyn byli bezbłędni, a więc 6-6. Strzały Barczaka i Zawiślana padły łupem bramkarzy i wciąż był remis. Wreszcie dziewiąta seria, Andrzej Grześkowiak nie wytrzymał napięcia i "Czyżyk" obronił jego "jedenastkę", a kropkę nad "i" postawił Andrzej Bikiewicz. Arka wygrała 7-6 i po raz pierwszy w historii klubu awansowała do półfinału".

- Nigdy nie byłem specjalistą od karnych - dodaje Kupcewicz, który wtedy chybił. Strzelaliśmy z Tomkiem bramki w półfinale z Szombierkami Bytom. On jedną, ja dwie i byliśmy w finale. Arka była od Wisły Kraków wyżej w ligowej tabeli, jednak nie uchodziła za faworyta decydującego starcia.

- Myśmy do każdego meczu ligowego podchodzili na 100 proc., mieliśmy wrażenie, że Wisła przed finałem Pucharu Polski się oszczędza, tu remis, tam jakaś porażka. Przekalkulowali - wyjaśnia Tomasz Korynt.

- Nasi rywale mieli dużo kontuzji. Wisła prezentowała tzw. "krakowską grę". Nam sprzyjało szczęście, w Lublinie było urwanie chmury i przewagę techniczną rywali zniwelowaliśmy ogromną ambicją - tłumaczy Kupcewicz.

- Rok wcześniej ta sama Wisła, z tym samym trenerem Orestem Lenczykiem, zdobyła mistrzostwo Polski. "Biała Gwiazda" miała dziesięciu reprezentantów Polski. Janusz zagrał w kadrze 20 meczów, ja pięć, Tomek jeden. Wisła miała zawodników, którzy zagrali blisko 300 meczów kadrze. Kmiecik, Kapka, Nawałka itd. Byliśmy w dobrej formie, ja jechałem na ten finał spokojny, mimo że jak dojechaliśmy okazało się, że nasz najlepszy strzelec, Tomek Korynt nie mógł grać - mówi  Boguszewicz.

Co się stało?

- W drodze do Lublina najpierw pojechaliśmy do Warszawy zagrać w lidze z Legią, było 0-0. Grałem cały mecz. Wtedy w Trójmieście nie było Horteksu, a w stolicy tak. Poszliśmy na lody i mam wrażenie, że mogły mi zaszkodzić. Najwyraźniej to były inne lody niż w "Marioli" - śmieje się pan Tomek. - Jeszcze tydzień po finale chodziłem do szpitala. 39 stopni gorączki. Rano, idąc do toalety, przewróciłem się. Nie było opcji, żebym zagrał w Lublinie.

To nie koniec perturbacji ze składem Arki. Trener Boguszewicz miał sporą zagwozdkę, kogo wstawić do bramki.

- W Warszawie we wspomnianym przez Tomka meczu z Legią, nasz podstawowy bramkarz Włodek Żemojtel (pseudonim "Kot", bo taki zwinny) miał lekką kontuzję. Zagrał Andrzej Czyżniewski. Zagrał bardzo dobrze, ale musiał wracać do Gdyni, żeby napisać maturę. Dzień przed meczem podałem skład, z wyjątkiem jednej niewiadomej. Kto stanie w bramce. Klub stanął na wysokości zadania, wynajął taryfę. Pół nocy czekam na Andrzeja, o trzeciej nad ranem położyłem się spać, "Czyżyka" nie było. Zdecydowałem, że w bramce stanie "Kotek", Czyżniewski przez wiele lat był niezadowolony, że to nie on był w bramce w finale - wspomina Boguszewicz.

Dziś wywiady z aktorami piłkarskiego widowiska przeprowadzane są przed meczem, w przerwie i po spotkaniu. Wtedy w 1979 r. w Lublinie, redaktor Tomasz Hopfer z Telewizji Polskiej stał przy trenerze Boguszewiczu w czasie meczu i zadawał pytania.

- Wypuścili mnie! Przed meczem podszedł do mnie redaktor i mówi: "Wprowadzamy nowość, trener Lenczyk już wyraził zgodę, będziemy w czasie meczu stać koło ławek i rozmawiać z wami". Jeśli Lenczyk się zgodził, to ja młody trener przecież nie będę się sprzeciwiał. Hopfer podchodził w czasie gry i pyta, jaką zmianę zrobię, co planuję itd. Dziś nie do pomyślenia! - wspomina Boguszewicz.

- To nie koniec telewizyjnych przygód. Po meczu, na bocznym boisku w Lublinie stał helikopter, zabrał mnie i Cześka do popularnego wtedy Studia 2 w Warszawie. Godzinę po meczu byliśmy w telewizji. Helikopter zakręcił bąka nad Wisłą - rzeką, nie klubem. Pilot mrugnął okiem i postawił maszynę pionowo. Śmierć zajrzała nam w oczy, zaraz po chwili triumfu - wspomina Kupcewicz.

Wreszcie z "Marioli" docieramy do kultowej "Górki", z jej szczytu doskonale wciąż widać morze, a kiedyś idealnie widoczny był plac gry, gdzie trójka muszkieterów Arki zdobywała dla niej bramki i punkty. Na czym polegał fenomen tego miejsca?

- Większość punktów zdobywaliśmy na tym stadionie, na wyjazdach szło nam gorzej. Na Ejsmonda najbardziej rozwijaliśmy skrzydła. Nie byliśmy krezusami finansowymi, na wyjazdach graliśmy defensywnie. Swoje robiła "Górka". Jak się wychodziło na plac gry przez "dziuplę" i widziało te flagi, no bajka! - Kupcewicz mruży oczy i jesteśmy z powrotem w latach 70. XX wieku.

- Czemu byliśmy drużyną własnego boiska? Czynników mogło być kilka. Wszędzie dalekie podróże, jechaliśmy autobusem jakimś "ogórkiem" czy innym "patatajem". Mieliśmy zbyt mało wiary w siebie - analitycznie dodaje Korynt, absolwent Politechniki Gdańskiej. Zresztą Arka była nazywana drużyną studentów, oprócz trójki muszkieterów wyższe wykształcenie mieli Andrzejowie Dybicz i Bikiewicz oraz Bogusław Kaczmarek.

- Będę się bronił. Następny sezon po zdobyciu Pucharu Polski, pierwszy mój samodzielny. Jedyny, aż do rozgrywek 2006/7, sezon Arki w Ekstraklasie, gdy miała dodatni bilans punktów (za wygraną przyznawało się dwa punkty) i bramkowy. Zdarzało nam się fenomenalnie zagrać na wyjeździe. 4-1 ograliśmy Stal Mielec z Kuklą i Latą. Oni w szoku byli, Tomek dwie bramki strzelił - mówi trener zdobywców Pucharu Polski.

- No tak, a rok wcześniej przegraliśmy 2-5 (śmiech) - dodaje wywołany do tablicy Tomasz Korynt. - W sezonie, gdy zdobyliśmy Puchar Polski zajęliśmy 11. miejsce w lidze, natomiast do siódmego miejsca traciliśmy tylko punkt. Różnice były minimalne, dodatkowo po zdobyciu Pucharu Polski 9 maja 1979 r. wkradło się w nasze szeregi rozluźnienie. W sześciu meczach ligowych dwa razy wygraliśmy i aż cztery przegraliśmy.

Jak bohaterowie sprzed lat spędzą 2 maja - dzień, w którym w finale Pucharu Polski Arka Gdynia zagra z Rakowem. Jaki w tym meczu padnie wynik?

- Jestem umówiony z naszym bramkarzem Włodkiem Żemojtelem, który wiele lat mieszkał w Niemczech, rok temu wrócił do Gdyni. Planujemy wspólnie z naszymi rodzinami obejrzeć niedzielny finał - mówi Tomasz Korynt. - Raków jest faworytem, w lidze spisuje się bardzo dobrze. Z drugiej strony Piast Gliwice w półfinale też był faworytem, a nie było widać różnicy klas rozgrywek. Trochę szczęścia, dużo ambicji i wszystko może się zdarzyć.

- Wystąpię rano w "Cafe Futbol" w Polsacie, finał obejrzę kameralnie - z synem i jego rodziną. Nie podejmuję się wytypować wyniku. Widzieliście, co zrobił ostatnio zawodnik, którego kiedyś prowadziłem, a dziś trener Elany Toruń, Maciek Kalkowski? Przegrywał po 90 minutach 0-3 z Radunią Stężyca, w doliczonym czasie gry Elana trzy razy trafiła do siatki i padł remis 3-3. To jest piękno piłki, że jest nieprzewidywalna - zaznacza Janusz Kupcewicz.

- Będę w Lublinie na meczu. To samo miejsce co 42 lata temu. Trzeci raz w historii świata Arka w Lublinie w finale Pucharu Polski już nie zagra. To może być nasz dzień. Szkoda, że jest pandemia. Gdy w 2017 r. pojechaliśmy cała grupą na finał, nawet Maniek Nowacki przyleciał specjalnie na mecz z USA - kończy Czesław Boguszewicz.

Droga Arki do finału 1978/79

1/16 finału 17.09.1978 r. Piast Nowa Ruda 1-0 (w), bramka: Zawiślan 65'

1/8 finału 22.10.1978 r. Warta Sieradz 2-1 (w), bramki: Kaczmarek 11', Kurzepa 21'

¼ finału 12.11.1978 r. Lech Poznań 2-2 po dogrywce, karne 7-6 (d) bramki: Bikiewicz 23', Krystyniak 95'k

½ finału 28.03,.1979 r. Szombierki Bytom 3-0 (d) bramki: Kupcewicz 39', 61', Korynt 36'

9 maja 1979 r. godz. 14, Lublin, Stadion Motoru

FINAŁ PUCHARU POLSKI

Arka Gdynia - Wisła Kraków 2-1 (0-1)

Bramki strzelili: dla Wisły — Kmiecik w 16 min, dla. Arki — Kupcewicz (z wolnego) w 50 min. i Krystyniak (z karnego) w 59 min.  

Sędziował Alojzy Jarguz z Suwałek.

Widzów ok. 15 tys.

ARKA: Żemojtel — Pietrzykowski, Bochentyn, Bieliński, Musiał — Dybicz, J. Kupcewicz, Kurzepa — Bikiewicz (od 85 min. Nowacki), Zawiślan (od 34 min. Krystyniak), Kwiatkowski Sędziował Jarguz z Suwałk.

WISŁA: Gonet — Motyka, Maculewicz, Budka, Płaszewski — Lipka (od 77 min. Targosz), Kapka, Nawałka (od 77 min. Jałocha) — Wróbel, Kmiecik, Krupiński.

Żółte kartki: Kapka, Nawałka i Gonet (wszyscy Wisła) oraz Pietrzykowski (Arka).

Lista zawodników,  którzy zdobyli Puchar Polski w 1979 roku (zagrali co najmniej w jednym meczu edycji): Zbigniew Bieliński, Andrzej Bikiewicz, Franciszek Bochentyn, Andrzej Czyżniewski, Kazimierz Domachowski, Andrzej Dybicz, Bogusław Kaczmarek, Wojciech Klein, Tomasz Korynt, Tadeusz Krystyniak, Janusz Kupcewicz, Ryszard Kurzepa, Wiesław Kwiatkowski, Adam Musiał, Marian Nowacki, Kazimierz Ochędowski, Jacek Pietrzykowski, Jerzy Zawiślan, Włodzimierz Żemojtel. 

Trenerzy:  Czesław Boguszewicz, Jerzy Steckiw.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

 

Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje