Reklama

Reklama

  • 1 .Legia Warszawa (65 pkt.)
  • 2 .Piast Gliwice (57 pkt.)
  • 3 .Lech Poznań (57 pkt.)
  • 4 .Śląsk Wrocław (53 pkt.)
  • 5 .Cracovia (52 pkt.)
  • 6 .Lechia Gdańsk (52 pkt.)
  • 7 .Jagiellonia Białystok (49 pkt.)
  • 8 .Pogoń Szczecin (47 pkt.)

​Arka Gdynia. Kupcewicz: Kiedyś tłukliśmy się już w tunelu

Janusz Kupcewicz to legenda Arki, którą szanują w całym Trójmieście. Najlepszy piłkarz w ponad 90-letniej historii gdyńskiego klubu ma w życiorysie również gdańskie epizody. Przed Wielkimi Derbami Wybrzeża mówi Interii, że... najważniejsze to, co w sercu.

Maciej Słomiński, Interia: Przyszedł pan jako 19-letni zawodnik do Arki w mundialowym roku 1974. Dlaczego Arka, a nie Lechia? W jej barwach grał pana ojciec Aleksander i brat Zbigniew? A może właśnie dlatego Gdynia zamiast Gdańska, bo wiedział pan ,jaki to krzyż grać w klubie z Traugutta?

Reklama

Janusz Kupcewicz, najlepszy piłkarz w historii Arki Gdynia, obecnie jej skaut: - Nawiasem mówiąc, mój brat Zbyszek zdobył dla Arki pierwszą bramkę w historii jej występów w Ekstraklasie. Wygraliśmy 1-0 w Gdyni z ŁKS, a brat pokonał Janka Tomaszewskiego. Wcześniej byłem jedną nogą w Lechii, nawet nie na testach, bo markę miałem ustaloną i na stole oferty ze wszystkich klubów Ekstraklasy. Jak to młody chłopak, byłem niepokorny i zadarłem ze starszymi zawodnikami. Przede wszystkim ze śp. Zbyszkiem Żemojtelem.

Notabene wychowankiem Lechii, który w latach 1968-72 grał w Arce.

- Znany z ostrej gry obrońca, stąd pseudonim "Żyleta". Ale prywatnie przemiły człowiek. Gdy się urodziłem, moi rodzice mieszkali w Gdańsku na Kartuskiej. Gdy gdzieś wychodzili, to właśnie Zbyszek trzymał mnie na rękach i pilnował. Z nim zadarłem, dlatego poszedłem do Arki zamiast do Lechii!

Arka, w której grał pan w latach 1974-82, była drużyną ekstraklasowego środka tabeli, najwyżej zajęliście siódme miejsce. Czego zabrakło by zagrać w pucharach?

- Byliśmy drużyną własnego boiska, nie liczyłem dokładnie, ale jakieś 80-85 procent punktów zdobywaliśmy w naszej twierdzy przy Ejsmonda. Za to na wyjeździe czapa za czapą. Nie wiem, czy to nasza mentalność, czy siły nas opuszczały, a dopadał stres, gdy wyjeżdżaliśmy z Gdyni? Gdynia nie jest dużym miastem wojewódzkim. Do dziś powtarzam, że nie stać nas na grę o podium - jak zajmiemy ósme miejsce, to kibice będą zadowoleni. Od czasu do czasu jakiś puchar, to już w ogóle przeszczęśliwi.

Obecna Arka coś nie może wygrać z Lechią, wam szło lepiej - graliście w I lidze, a lechiści w II. Chociaż na jeden sezon spadliście i dwie trójmiejskie drużyny rywalizowały o awans na najwyższy szczebel.

- Nie da się ukryć, że Trójmiastu służą dwie drużyny w Ekstraklasie. Nawet ci najbardziej zacietrzewieni pierwsze, co robią, to sprawdzają w kalendarzu, kiedy są derby i potem pół roku na nie czekają, odliczając dni. Tamte mecze derbowe miały niewiele wspólnego z piłką, za to była walka na całego. Do dziś mam "pieczątki" na piszczelach, które zrobił mi Józef Gładysz, dziś mój serdeczny przyjaciel. Wtedy, w sezonie 1975/76, przez większość sezonu Lechia miała przewagę, ale ich doszliśmy i przegoniliśmy na finiszu. Decydujący mecz wygraliśmy w Gdyni, po bramce Andrzeja Szybalskiego w 83. minucie. Kopnął "z czuba", do dziś nikt nie wie, jak on to trafił.

Trener Marian Geszke prowadził wtedy Lechię, później Arkę i Bałtyk też. Mówił, że po ostatnim gwizdku 10 z jego 11 zawodników płakało.

- Nie dziwię się. Jak popatrzymy na tamtych piłkarzy, wciąż większość z nas mieszka w Trójmieście, znamy się i spotykamy. Dzisiejszym zawodnikom Arki i Lechii kibice tłumaczą, co to derby, ale czy oni to przeżywają jak my? My już w tunelu się tłukliśmy, to były specyficzne mecze. Bez kibiców to nie to samo. Jako pierwsza wystartowała Bundesliga, poziom jest świetny, ale bez publiczności ciężko się to ogląda.

Dowiedz się więcej na temat: Arka Gdynia | Janusz Kupcewicz | PKO Ekstraklasa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje