Reklama

Reklama

Tak się bawił PGE Narodowy na Grand Prix

Po dwóch latach przerwy 14 maja cykl Grand Prix powrócił na PGE Narodowy. Największy polski stadion tradycyjnie zalał się biało-czerwonymi kibicami, którzy stworzyli niezapomnianą atmosferę. Do pełni szczęścia brakowało jedynie zwycięstwa naszego reprezentanta. Fani obiektu nie opuszczali jednak ze spuszczonymi głowami.

Okolice Stadionu Narodowego tętniły życiem właściwie już od południa. Zanim rozpoczęło się główne show, główni bohaterzy wybrali się do strefy kibica, by tam rozdawać autografy spragnionym emocji fanom.

Podczas gdy zawodnicy podpisywali kartki i pozowali do zdjęć, ich mechanicy mieli ręce pełne roboty. Pomaganie żużlowcom to nie jest łatwa rzecz. Raz, że trzeba być na nogach praktycznie 24 godziny na dobę. Dwa, że tu nie ma miejsca na błędy.

Nowy promotor wydarzenie zorganizował z wielką pompą. Do zrealizowania transmisji organizatorzy wykorzystali ponad trzydzieści kamer, w tym jedną która przelatywała nad głowami kibiców oraz żużlowców.

Reklama

Wrażenie robiła już sama prezentacja, a właściwie kartoniada przygotowana dla fanów. W trakcie hymnu Polski na trybunach pojawiła się nie tylko nasza flaga, ale i niebiesko-żółte barwy Ukrainy. Łez nie krył zwłaszcza startujący jako rezerwowy Witalij Łysak.

Zmagania rozpoczęły się bardzo dobrze dla biało-czerwonych. Bieg za biegiem wygrywali Bartosz Zmarzlik z Maciejem Janowskim. Ponadto świetnie wiodło się Pawłowi Przedpełskiemu.

Tego samego niestety nie można było powiedzieć o Patryku Dudku. Zawodnik For Nature Solutions Apatora nie dość, że ewidentnie nie potrafił dogadać się z torem, to na dodatek brał udział w groźnie wyglądającym upadku z Jackiem Holderem. Gdyby nie świetny refleks Australijczyka, to całe zdarzenie mogłoby się skończyć dla Polaka przykrą kontuzją.

W międzyczasie show pozostałych naszych reprezentantów trwał w najlepsze. W pewnym stylu w półfinale zameldowali się Maciej Janowski i Bartosz Zmarzlik. W gronie ośmiu wspaniałych znalazło się także miejsce dla Pawła Przedpełskiego.

Niestety na tym skończyły się dobre wieści, gdyż biegi numer 21 i 22 okazały się pechowe dla naszych bohaterów. Najbliżej awansu do finału był Bartosz Zmarzlik, jednak kapitan Moje Bermudy Stali jadący w pewnym momencie na drugim miejscu nie zdołał wyminąć dziury i zamiast wybierać pole do najważniejszego wyścigu, udał się pod prysznic. Do pozostałych biało-czerwonych również nie uśmiechnęło się szczęście.

Szalał za to Max Fricke. Australijczyk przeszedł przez rundę zasadniczą jak burza, a następnie w półfinale nie dał rywalom żadnych szans.

Zawodnik Stemlet Falubazu w finale również podtrzymał dobrą serię i tak oto po raz drugi w karierze stanął na najwyższym stopniu podium. Co ciekawe, dokonał tego jako pierwszoligowiec, podczas gdy jego główni rywale ścigają się w PGE Ekstralidze.

Podium uzupełnili Leon Madsen i Fredrik Lindgren. Szczególnie pierwszy z nich zaszedł za skórę miejscowym kibicom. Fani wygwizdali go za to, że po kontakcie z nim upadek w pierwszej odsłonie finału zaliczył Mikkel Michelsen. Zdaniem polskich sympatyków to właśnie reprezentant zielona-energia.com Włókniarza powinien zostać wykluczony z powtórki.

Gwizdy szybko zamieniły się jednak w zachwyt nad efektownym pokazem sztucznych ogni. Polacy pokazali, iż można wykonać go nawet przy zamkniętym dachu.

Kolejna runda cyklu Grand Prix już za niecałe dwa tygodnie w Pradze. Pozycję lidera klasyfikacji generalnej utrzymał Bartosz Zmarzlik. Za plecami dwukrotnego mistrza świata czają się dwaj Duńczycy - Leon Madsen oraz Mikkel Michelsen.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL