Hałaśliwy "dzień dziecka" na kortach

Pierwsza środa podczas wielkoszlemowego turnieju paryskich na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa (z pulą nagród 17,052 mln euro) to tradycyjnie już "dzień dziecka". Wtedy właśnie obiekt w Lasku Bulońskim odwiedzają liczne grupy dzieci w wieku szkolnym.

Pierwszą zapowiedz emocji, jakie może zapewnić wizyta całych zastępów rozbrykanych maluchów, można spotkać już w ciasnych wagonikach metra żółtej linii numer dziesięć. Ci, którym mimo tłoku udało się wsiąść do składów pociągu, z nieskrywanym zdumieniem obserwowali ruchliwość i siłę głosów małych pasażerów zaaferowanych podróżą na korty.

Reklama

Jeszcze większe zamieszanie powoduje wysiadanie zorganizowanych wycieczek na wąskim peronie kameralnej stacji Porte d'Auteil. Towarzyszą mu zazwyczaj nerwowe okrzyki i ponaglenia zestresowanych opiekunów, nerwowo liczących podopiecznych ustawiających się nieskładnie w pary. Gdy już udało się ogarnąć chwilowy chaos grupy, te pewnym krokiem ruszały w stronę wyjścia, a następnie kierowały się na korty, wmieszane w tłumie kibiców.

Tuż przed bramami Roland Garros ustawiono tym razem specjalne barierki do priorytetowych kolejek do wejścia zarezerwowanych tylko dla dzieci. Jednak oddzielenie ich od tłumu posiadaczy biletów i wejściówek sprawia służbom porządkowym sporo kłopotów.

Dzieci, jak to dzieci, tuż po wejściu na obiekt od razu oblegają namioty z turniejowymi pamiątkami, punkty sprzedaży lodów i słodyczy, a chłopcy kierują się w stronę stoisk wystawionymi najnowszymi modelami samochodów marki Peugeot, jednego z głównych sponsorów imprezy, albo skuterami. Najodważniejsi próbują nawet siąść za kółkiem, ale najczęściej zatrzymywani są przez uśmiechnięte hostessy.

Jednak największym powodzeniem cieszy się specjalna kabina wystawiona przez innego partnera Roland Garros - firmę optyczną Alain Afflelou, do której po wejściu od dołu wdmuchiwane jest pod ciśnieniem powietrze. Dzięki niemu unoszą się niewielkie karteczki, a złapanie jednej z nich daje prawo do odbioru reklamowych gadżetów: breloczka do kluczy, kubka, apaszki, frotki na rękę, chusty na głowę czy koszulki.

Pojawienie się większych rozbawionych grup dziecięcych na trybunach budzi zdziwienie, a czasem lekką panikę wśród grających właśnie tenisistów i tenisistek. W ich uspokojeniu rzadko pomagają napominania ze strony sędziów prowadzących mecze, a nawet opiekunów.

- To bardzo fajna akcja organizatorów, że zapraszają na korty szkoły, ale dla nas bywa to utrudnieniem. Dzieci nie przejmują się niczym i rozmawiają w trakcie wymian piłki, często wstają i poruszają się po trybunach. Cóż, trzeba to zaakceptować i jedynie mogę współczuć tym, którzy dzisiaj grają swoje mecze. Ja, na szczęście, kolejny mecz mam dopiero jutro - powiedziała Agnieszka Radwańska, jedyna Polka w turnieju głównym w singlu.

W czwartek krakowianka, rozstawiona z numerem 12., zmierzy się w drugiej rundzie z Sanią Mirzą z Indii.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje