Reklama

Reklama

Grzegorz Mielcarski: Real czeka trzęsienie ziemi

- W Realu powinno dojść do trzęsienia ziemi, bo jak inaczej zareagować na tak słabe przygotowanie najlepszych zawodników do boju o finał? Gareth Bale czy Karim Benzema w półfinałach zawiedli, zabrakło też dla nich wartościowych zastępców. Poza tym, problemem jest zbyt duża zależność zespołu od formy Cristiano Ronaldo - mówi Grzegorz Mielcarski w rozmowie z Interią. Medalista olimpijski z Barcelony ocenia półfinały Ligi Mistrzów i typuje faworyta finału.

Interia: Bayern Monachium po raz drugi z rzędu odpadł w półfinale Ligi Mistrzów. Mistrzostwo Niemiec klub wygrał w cuglach, ale weryfikacją postępów zespołu pozostają rozgrywki europejskie. Czy zatem dla Bayernu to przegrany sezon?

Reklama

Grzegorz Mielcarski: - Bayern to jeden z kilku topowych klubów owładniętych obsesją wygrywania. Tu nie liczy się drugie, trzecie miejsce, tylko zwycięstwo. Dziś pewnie w Bawarii jest ogromny niedosyt i poczucie porażki. Nie tak to sobie wyobrażano. Ściągnięto przecież najlepszego trenera na świecie, znakomitych piłkarzy, ale Puchar Mistrzów drugi raz z rzędu przechodzi Niemcom koło nosa. Porażka Bayernu w Europie być może jest do przełknięcia, bo przecież odpadły takie potęgi, jak Chelsea, Atletico Madryt czy Manchester City. Ale niedosyt pozostał.

Barcelona zrewanżowała się Bayernowi za półfinałową klęskę sprzed dwóch lat.

- Wtedy Barca przegrała w dwumeczu 0-7. Minęły dwa lata i role się odwróciły. Barcelona miała wszystko pod kontrolą, dominowała. W rewanżu przegrała co prawda 2-3, ale czy ktoś miał wątpliwości co do tego, czy Katalończycy stracili choć na moment kontrolę nad meczem? Nie. Gdyby do awansu potrzebowała remisu lub zwycięstwa, to pewnie osiągnęłaby taki wynik. 

- Dla Bayernu odpadnięcie w półfinale jest porażką, ale nie klęską. Liga Mistrzów to takie rozgrywki, w których co roku jest kilka meczów tak znakomitych, że mogłyby być finałami. Dla mnie starcie Bayernu z Barcą to był właśnie taki przedwczesny finał.

Czy Pep Guardiola powinien zostać w Bayernie na kolejny sezon?

- Myślę, że tak. Gdzie szukać innych kandydatów? Kto mógłby dać drużynie impuls do rozwoju, jeśli nie Guardiola? Trudno o szkoleniowca bardziej ambitnego od Hiszpana. Pep stale pcha drużynę w stronę postępu i na pewno jeszcze się nie poddał. Jego misja od początku była piekielnie trudna - przejął Bayern po tym, jak zespół prowadzony przez Juppa Heynckesa wygrał potrójną koronę.

- Guardiola przyszedł do Bawarii i pierwsze pytanie, jakie mógł zadać, brzmiało: "Co jeszcze mogę wygrać, skoro wszystko już mamy?". Bardzo trudno jest utrzymać w drużynie głód zwyciężania, gdy w składzie pełno jest piłkarzy, którzy jeszcze przed chwilą zdobywali największe trofea. Każdy z gigantów - Chelsea, Barca, Real - najchętniej wygrywałby Ligę Mistrzów co roku. A jednak od 25 lat nikomu się to nie udało.

Legendarny piłkarz Bayernu Franz Beckenbauer ostatnio coraz częściej uderza w Guardiolę. "Cesarz" zarzucił Hiszpanowi, że błędem było m.in. pozbycie się w styczniu Xherdana Shaqiriego. Myśli pan, że Szwajcar naprawdę mógłby zastąpić Robbena lub Ribery’ego w kluczowej fazie sezonu?

- To tylko teoretyczne dywagacje. Kiedy zespół przegrywa, łatwo jest gdybać i krytykować trenera. Beckenbauer chwali Guardiolę po zwycięstwach i podkreśla, że to świetny trener. Po porażkach z kolei głośno go krytykuje. Można zapytać: "Czy to znaczy, że Pep nie jest już dobrym trenerem?". Tak długo jak klub wygrywa, nikt nie płacze za nieobecnymi. Spójrzmy na Real - kiedy "Królewscy" grali koncertowo na początku sezonu, nikt nie pamiętał o Angelu Di Marii. Przypomniano sobie o nim, gdy zespołowi przestało iść.

Dla kibica piłki nożnej gdybanie to przecież chleb powszedni! A gdyby Bale strzelał celniej na bramkę Buffona... A gdyby Robben mógł zagrać z Barceloną...

- A gdyby Lewandowski dostał kontrakt marzeń w Dortmundzie? To jest właśnie piłka. Tu sytuacja cały czas idzie do przodu, a oceniać jest łatwo po pewnym czasie. Wróćmy znowu do Di Marii. Odchodził z Realu, gdy był w szczycie formy i dla mnie było to kompletnie niezrozumiałe. W piłce czasem zdarzają się absurdy.

- Natomiast jeśli chodzi o Bayern, to moim zdaniem nie da się zastąpić kogoś takiego, jak Robben. Ribery? W porządku, tę dziurę można załatać. Ale Robben? Nie ma drugiego takiego zawodnika. Tak jak nie ma drugiego Messiego czy Ronaldo. Dla Bayernu właśnie Arjen Robben, a nie Lewandowski, Mueller czy Ribery,  jest tym, kim Messi jest dla Barcelony.

W finale Barcelona zmierzy się z Juventusem. Trener mistrzów Włoch Massimiliano Allegri mówił niedawno, że ich plan zakładał w tym roku wyjście z grupy. Obecność Juventusu w meczu o wszystko to dla Pana niespodzianka?

- Tak. Juventus nie był przed sezonem wymieniany w gronie czterech-pięciu murowanych faworytów. Jeszcze kilka dni temu oczyma wyobraźni wszyscy widzieliśmy przecież finał Barcelona - Real. A tymczasem na pierwsze El Clasico w finale Ligi Mistrzów musimy jeszcze poczekać. Juventus to już teraz wielki zwycięzca tej edycji.

"Starej Damie" w finale z Barcą nie zabraknie argumentów?

- Juventus jest mocny w obronie, szansą dla Włochów są też kontuzje gwiazd Barcelony. W czwartek dowiedzieliśmy się, że Luis Suarez wypadł z powodu urazu uda i nie wiadomo, czy będzie gotowy na finał. Ogólnie sytuacja Juventusu jest komfortowa. Wystąpić teraz w finale Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie to czysta przyjemność. Oczekiwania kibiców są jasne: Barca będzie murowanym faworytem. Nawet jeśli wygra gładko 2-0, to wszyscy machną ręką i powiedzą: "Juve, nic się nie stało". Barcelona gra dziś tak, że można sobie wyobrazić nawet jej zwycięstwo 4-0. To jest drużyna rozpędzona i gotowa zmiażdżyć każdego, kto stanie jej na drodze. Chociaż finały to mecze inne niż wszystkie.

A zatem nie odbieramy szans Juventusowi?

- Włosi mają swoje atuty, o których wspomniałem już wcześniej. Poza tym spójrzmy na ostatnie mecze, które rozstrzygały losy Ligi Mistrzów. Bayern w starciu z Borussią Dortmund był faworytem, a męczył się okropnie. Real miał zgnieść Atletico Madryt, a cudem doszło do dogrywki. Widać więc, że wielcy faworyci często mają znacznie trudniejsze zadanie niż wszystkim dookoła się wydaje.

Wspomniał pan o Realu, który nie skruszył muru Juventusu i odpadł z Ligi Mistrzów. Wiadomo też, że "Królewscy" praktycznie przegrali mistrzostwo Hiszpanii i sezon prawdopodobnie skończą z pustymi rękami. Poleci głowa trenera Carlo Ancelottiego?

-  Tam faktycznie powinno dojść do trzęsienia ziemi. Bo jak inaczej zareagować na tak słabe przygotowanie najlepszych zawodników do boju o finał? Gareth Bale czy Karim Benzema w półfinałach zawiedli, zabrakło też dla nich wartościowych zastępców. Poza tym problemem jest zbyt duża zależność zespołu od formy Cristiano Ronaldo. Barcelona również zależy od Messiego, ale tam jest to w rozsądnych ramach. Messi nie chce, by światła wszystkich reflektorów były skierowane na niego. W przypadku Ronaldo jest odwrotnie.

- Dziwne jest też to, że Cristiano często ma pretensje do kolegów o to, że decydują się na strzał, a nie odgrywają piłki do niego. Messiemu takie wyskoki zdarzają się bardzo rzadko. Ogólnie w Realu chyba zabrakło dobrej chemii między gwiazdami, która wyraźnie pomaga Barcelonie. To subtelna różnica, ale na najwyższym poziomie często decydują takie właśnie detale. Messiemu gra z Neymarem i Suarezem sprawia frajdę. Argentyńczyk chętnie podaje im piłkę i widać, że nawet asysty dają mu radość. Cristiano jest inny - czasem nawet po zwycięstwie drużyny 3-0 jest niezadowolony gdy nie uda mu się strzelić gola.

Może Ronaldo, który sam zdobył 58 goli, ma po prostu słabszych kolegów niż Messi? Tercet Realu BBC (Bale, Benzema i Cristiano) zdobył w tym sezonie 97 bramek we wszystkich rozgrywkach. Ofensywny trójkąt Barcelony - Messi, Neymar i Suarez - ma prawie o 20 goli więcej.

- Rzeczywiście można patrzeć na to także z tej strony. Uważam, że Realowi przydałby się snajper, który potrafiłby odciążyć Ronaldo z obowiązku strzelania goli. Idealnym kandydatem byłby Robert Lewandowski. Moim zdaniem "Lewy" ustawia się w polu karnym lepiej niż sam Cristiano i ich współpraca mogłaby być zabójcza dla przeciwników Realu. Robert to lis pola karnego, a Ronaldo najlepiej czuje się, kiedy zbiega ze skrzydła i uruchamia swoją "manianę". Pytanie, czy "Lewy" w Realu miałby często okazje do strzelania goli - przecież nie dostawałby już tylu podań, do ilu przyzwyczaił się w Bayernie. Przychodząc do Realu trzeba liczyć się z tym, że pracujesz przede wszystkim na Ronaldo. To nie wszystkim musi się podobać.

Porażka w półfinale z Juve boli "Królewskich" tym bardziej że Real przed dwumeczem nie traktował chyba mistrzów Włoch jako realnego zagrożenia?

- Tak i rzeczywiście wydaje mi się, że Juventus to wciąż w piłkarskiej hierarchii piętro niżej niż Real. To odpadnięcie w półfinale może nie byłoby takie bolesne, gdyby na drodze Realu stanął Bayern, Manchester City czy Chelsea. A tu nagle pojawia się Juve i potrafi pokonać "Królewskich". W dodatku to nie była jakaś szczęśliwa wygrana. Nawet na Santiago Bernabeu mistrzowie Włoch potrafili zdobyć bramkę i zmusić Casillasa do wielkiego wysiłku.

Kto pana zdaniem wygra wielki finał Ligi Mistrzów w Berlinie?

- Barcelona. Mecz z Juventusem na pewno nie będzie dla niej łatwy, ale tak jak Bayern dwa lata temu i Real przed rokiem, sądzę, że wielki faworyt znowu rozstrzygnie finał na swoją korzyść. A szanse Juventusu? Może to zabrzmi brutalnie, ale Juve mogą pomóc ewentualne kontuzje gwiazd Barcy. Wyobraźmy sobie, że wypada Messi i... momentalnie jest ciekawie. Wtedy moglibyśmy się tak naprawdę przekonać, ile warta jest Barcelona bez argentyńskiego czarodzieja. Na dziś nie ma trenera i nie ma systemu, który mógłby go powstrzymać.

Rozmawiał: Bartosz Barnaś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje