Reklama

Reklama

Formuła 1. Ayrton Senna miał być ostatni

​Sport motorowy jest niebezpieczny. Taka sentencja widnieje na każdym bilecie sprzedawanym na imprezy rangi mistrzowskiej. Od czasu do czasu sport motorowy przypomina niestety, że jest piękny, ale potrafi być okrutny.

Przed startem wyścigu o Grand Prix Japonii 2014 coś wisiało w powietrzu. Atmosfera była równie gęsta, jak chmury nadciągające nad tor Suzuka. Z godziny na godzinę warunki budziły coraz większą obawę, ale przełożenie startu nie wchodziło w grę. Zaczynało robić się ciemno, a nad Japonię nadciągał tajfun, przed którym cały padok chciał jak najszybciej uciec z kraju.

Reklama

Tuż przed startem zaczęła się ulewa. Kierowcy rozpoczęli wyścig za samochodem bezpieczeństwa, ale po niespełna trzech okrążeniach wywieszono czerwone flagi z powodu bardzo złej widoczności i aquaplaningu. 20 minut później, po kolejnych sześciu okrążeniach za samochodem bezpieczeństwa, kierowcy przystąpili do ścigania. O zwycięstwo walczyli Nico Rosberg i Lewis Hamilton z Mercedesa.

Hamilton wyprzedził prowadzącego Rosberga na 29. okrążeniu i zaczął powiększać przewagę. Na niespełna 11 okrążeń przed metą Adrian Sutil wyleciał z zalanego wodą toru w siódmym zakręcie i uderzył w bandę, zakopując samochód w żwirowym poboczu.

Do akcji wyprowadzono dźwig, aby zabrać unieruchomionego Saubera w bezpieczne miejsce. Pomimo to, wyścig nie został zneutralizowany, a całą akcję próbowano przeprowadzić przy użyciu żółtych flag, często ignorowanych przez kierowców. Nie inaczej było w przypadku 25-letniego, utalentowanego Jules'a Bianchiego - dane z telemetrii pokazały, że jechał o kilkadziesiąt kilometrów na godzinę za szybko w miejscu zagrożenia i wypadł z toru w taki sam sposób jak Sutil. Jednak na Francuza nie czekała bariera z opon.

Marussia Bianchiego wpadła między koła dźwigu. Wszystko powyżej monokoku łącznie z pałąkiem ochronnym i kaskiem kierowcy uległo zmiażdżeniu,. Siła uderzenia była tak potężna, że koła dźwigu oderwały się od ziemi, a podniesiony samochód Sutila spadł na ziemię. Na trybunach zapanowała cisza. Wszyscy wiedzieli, że to nie mogło się dobrze skończyć.

Dopiero wtedy wyścig został zneutralizowany, a potem przerwany na siedem okrążeń przed metą. Gdy Lewis Hamilton stał na podium, Jules Bianchi w stanie krytycznym był transportowany do szpitala karetką - helikopter nie mógł lecieć z powodu złej pogody. Francuz był nieprzytomny. Jego stan się nie poprawił. Bianchi zmarł dziewięć miesięcy później, ale pojawiły się teorie, że prawdziwa wersja została zatuszowana, aby nie przyznać, że po raz pierwszy od 20 lat kierowca F1 poniósł śmierć na torze.

Tragiczny wyścig na Suzuce był dla Formuły 1 prawdziwym szokiem. Po śmierci Ayrtona Senny w 1994 roku, FIA wprowadziła ogromne zmiany na rzecz bezpieczeństwa, które miały zapobiec powtórce. Wzmocnione z każdej strony samochody, linki mocujące koła, wzmocnienia kokpitu, obowiązkowy system HANS to tylko niektóre z nich. Wydawało się, że samochody są naprawdę bezpieczne. Nawet wypadki tak przerażające jak ten Roberta Kubicy z 2007 roku w Kanadzie nie powodowały poważniejszych, trwałych obrażeń u kierowców. Wystarczył jednak zbieg fatalnych okoliczności, by przypomnieć, że pogoń za bezpieczeństwem nigdy się nie kończy.

Dowiedz się więcej na temat: Ayrton Senna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje