Reklama

Reklama

Wróżba czterech szczupaków

W ubiegłą sobotę, w dniu meczu Holandia - Polska, wracałem samochodem z Mazur do domu. W drodze słuchałem Radia Zet, w którym całe przedmeczowe popołudnie trwała zabawa ze słuchaczami w wytypowanie wyniku wieczornego spotkania. W końcu do radia dodzwonił się jeden pan - wędkarz, który rzekł tak: "Złowiłem dzisiaj cztery szczupaki, ale zgodnie z przepisami do domu mogę zabrać jedynie dwa z nich, pozostałe muszę wypuścić. To jasny znak, że w dzisiejszym meczu będzie 2:2!". Na to prowadzący audycję dziennikarz delikatnie wykpił taką wróżbę, ale jak się okazało po paru godzinach nie miał racji żartując z zaskakującego przeczucia amatora wędkowania - pisze w swoim najnowszym felietonie dyrektor Polsatu Sport Marian Kmita.

I nie ma się co dziwić dziennikarzowi Radia Zet, bo pewnie w Polsce, po sromotnym laniu w Brukseli, niewielu było takich co wierzyli w odrodzenie polskiej drużyny w Rotterdamie. A jednak! Nasi zagrali z pasją, jakiej dawno w narodowej drużynie nie widzieliśmy i to był chyba klucz do niespodziewanego, szczęśliwego remisu. Wszyscy bez wyjątku walczyli jak lwy i chyba nawet Czasław Michniewicz był zaskoczony determinacją i skutecznością w kierowaniu zespołem Grzegorza Krychowiaka. Musiał też tak jak i my przed telewizorami, przecierać oczy ze zdziwienia nad nietypową  dla niego samego, zdecydowaną postawą Piotra Zielińskiego, który przez cały mecz ani prawej, ani lewej nogi - nie odstawiał. 

Reklama

Nie pamiętam zresztą, kiedy wcześniej Zieliński, w meczu reprezentacji, otrzymał żółty kartonik za poturbowanie przeciwnika. A tu proszę! Słowem na boisku iskrzyło co chwila i nikt z naszych nie pękał. Nawet Łukasz Skorupski, co chwila wybiegał z bramki uczestnicząc w nerwowych przepychankach z Holendrami. O walecznych z natury Matthew Cashu, Jacku Góralskim, Szymonie Żurkowskim i Nicoli Zalewskim nie wspomnę. Tak, nasza drużyna miała w sobie, w sobotę wielkiego ducha walki i od początku spotkania chciała się bić z Holendrami. I dość, że tej walki na bagnety nie tylko, nie przegrała, to jeszcze napędziła strachu miejscowym prowadząc  krótko, bo krótko, ale jednak prowadząc - 2:0. Holenderskie pudło z karnego było znakiem z niebios, że tego dnia Polacy na porażkę z teoretycznie silniejszym przeciwnikiem zwyczajnie nie zasłużyli.

Nasza drużyna miała w sobie wielkiego ducha walki

Dlatego do wtorkowego meczu z Belgami już podchodziliśmy z leciutkim optymizmem, że w Warszawie nie tylko żadnego blamażu już być nie może, ale i że Belgom, gającym bez Kevina de Bruyne, boczków można nieco przypiec. Optymizm jednak uleciał w powietrze równo z chwilą, kiedy selekcjoner Czesław ogłosił skład naszej wyjściowej jedenastki, a szczególnie - ujawniając system w jakim Polacy mieli zagrać. W porównaniu do meczu w Holandii, nie wiadomo dlaczego, wszystko zostało wywrócone do góry nogami a już skład personalny naszej linii defensywnej musiał przyprawić wszystkich o trwogę. Rezygnacja ze sprawdzonej i skutecznej formuły grani czterema obrońcami zwiastowała poważne kłopoty i tak w rzeczy samej się stało. 

Osamotniony w blokowaniu belgijskich ataków na lewej stornie Nicola Zalewski był okrutnie ogrywany przez bezlitosnych Belgów i nic dziwnego, że właśnie z jego strony poszła akcja rozstrzygająca losy meczu. Po ledwie kwadransie gry było już wiadomo, że Belgowie niepodzielnie panują na boisku i to tylko od nich zależy w jakich rozmiarach wygrają to spotkanie. Na szczęcie dla nas belgijski trener potraktował resztę meczu jako treningową gierkę i kiedy wpuścił na boisko pięciu rezerwowych, a trener Czesław po długim drapaniu się w głowę Karola Świderskiego, Mateusza Klicha i Jacka Góralskiego coś zaczęło się dziać na naszą korzyść. Tym razem niebiosa - sprawiedliwie jak w Rotterdamie - pomimo dwóch, dobrych  szans, nie pozwoliły nam zremisować meczu, bo na to zwyczajnie nie zasłużyliśmy.

Po czterech meczach Ligi Narodów wciąż wiemy, że nic nie wiemy, choć nasz selekcjoner twierdzi, że ma mnóstwo materiału do analizy. I z meczów we Wrocławiu, Brukseli, Rotterdamie i Warszawie, jak i z (he, he) treningów. Z sobie tylko wiadomych powodów trener Michniewicz nie chciał zgrywać formacji w podobnym składzie personalnym i w podobnym systemie gry. Choć dziwili się temu szczerze w telewizyjnym studiu Polsatu nie tylko Dariusz Dziekanowski i Tomasz Hajto, ale i Antoni Piechniczek, i Jerzy Engel - Michniewicz zrobił po swojemu z wiadomym skutkiem. Najdziwniejsze, że w pomeczowych wypowiedziach zdawał się rozumieć, że swoim zaskakującym taktycznym pomysłem wsadził na zdecydowanie za wysokiego konia co najmniej Nicolę Zalewskiego i Mateusza Wieteskę, to jednak tak uczynił. 

Dziwnie się tego słucha, bo odnoszę wrażenie, że nasz trener porusza się w tej skomplikowanej materii mocno po omacku, intuicja jak na razie go zawodzi a rozmiar kapelusza jaki uparcie przymierza jest dla niego zdecydowanie za duży. Czas najwyższy, żeby wrócił na ziemię i posłuchał rad i podpowiedzi ludzi, którzy grali i prowadzili w przeszłości naszą kadrę na mundialach i Euro, bo inaczej nic dobrego nas w Katarze nie czeka. No chyba, że chodzi tylko o popularność, zapis w cv -"były selekcjoner reprezentacji" i wiarę, że i tak jakoś to będzie. Wtedy trzeba jednak szybko odszukać naszego pana od szczupaków i odpowiedzialność za wyniki Polaków na najbliższym mundialu, jak już kiedyś w przeszłości było z niemiecką ośmiornicą, zwalić na jego wędkarską skuteczność. Wtedy będzie nam lżej, bo będzie wiadomo, że na werdykt losu, nijak poradzić nie można.      

Reklama

Reklama

Reklama