Reklama

Reklama

​Życzenia dla Legii

Po czwartkowej porażce w Neapolu Legia wciąż jest liderem grupy C Ligi Europejskiej. Ale jak silny jest to lider, widzieliśmy - niestety - wyraźnie we Włoszech: bojaźliwy, przewidywalny, grający bez żadnego polotu. Od pierwszej minuty, a zasadzie już patrząc na wyjściowy skład, gdy okazało się, że w pierwszej jedenastce praktycznie nie ma żadnego napastnika, można było domyślić się jaki będzie plan na to spotkanie - przetrwać, spróbować wywieźć jeden punkt. Tak grać w Europie po prostu nie przystoi.

O ile w poprzednich dwóch meczach mistrzowie Polski wykazali determinację i dopisało im szczęście, to w Neapolu pula tego szczęścia wyraźnie się wyczerpała, a i determinacji zabrakło... Nic dziwnego, że trybuny stadionu imienia Diego Armando Maradony świeciły pustkami - przyszło nieco ponad 10 tysięcy widzów (czyli dwa razy mniej niż przychodzi na mecze w Serie A). Faktem jest, że podopieczni Luciano Spalletiego skupiają się przede wszystkim na walce o mistrzostwo kraju, chociaż wcale tego nie pokazali, tak jak na przykład Leicester City w Warszawie (wystawiając sześciu rezerwowych). Jednak dla kibiców chyba bardziej zniechęcająca była atrakcyjność gry rywala. Po tym meczu Legia tylko to potwierdziła. Jeśli ktoś twierdzi, że przy odrobinie szczęścia mistrz Polski mógł wrócić z trzema punktami, to proponuję zimny prysznic i obejrzenie tego meczu jeszcze raz.

Reklama

Napoli - Legia. Dariusz Dziekanowski: Jak silny to lider, widzieliśmy wyraźnie we Włoszech

Czy są jakieś przesłanki żeby mieć nadzieję, że naszemu jedynemu reprezentantowi w tegorocznej edycji europejskich pucharów uda się wyjść z grupy? Moim zdaniem im dalej w las, tym będzie robić się coraz ciemniej. Od zatrudnienia Czesława Michniewicza minął już rok, ale trudno powiedzieć, że ta drużyna ma jakiś ciekawy, oryginalny styl, jakąś odciśniętą pieczątkę, jakiś nowoczesny sznyt. Coraz bardziej przypomina reprezentację U-21 pod wodzą tego samego szkoleniowca, czyli zespół nastawiony na defensywę, przeszkadzanie w najlepszym wypadku na toporną, fizyczną walkę, chociaż czasem w Ekstraklasie brakuje mu nawet tego.

Wciąż nie mogę wytłumaczyć sobie czym kierują się tego typu trenerzy, dlaczego na tej prawie największej europejskiej scenie (czyli w rozgrywkach LE) nie chcą zaprezentować czegoś ciekawego, tylko przystępują do meczu z założeniem: żeby tylko jakoś przetrwać. To jest wręcz skandaliczne, że przez całe spotkanie Legia tylko kilka razy była na połowie rywala. Przez pierwsze pół godziny żaden z zawodników mistrzów Polski nie miał okazji zobaczyć z bliska twarzy bramkarza rywali, Aleksa Mereta. Gdyby gdzieś były dostępne statystyki w kategorii: "czas spędzony z piłką na połowie rywala", pewnie byłyby to druzgocące liczby. Irytujące było to, że Legia nie potrafiła wymienić trzech podań, jeśli nie policzymy tych między stoperami i bramkarzem. Wstyd.

Po wygranej w Warszawie z Leicester w mediach głośno zrobiło się na temat nowej umowy trenera Michniewicza. Pojawiły się naciski, żeby ją już teraz przedłużyć na kolejne lata (obecna wygasa w czerwcu 2022 roku). Ktoś rzeczywiście dobrze kombinował chcąc wykorzystać tę chwilę euforii. W rosyjskich mediach pojawił się nawet wywiad z obecnym trenerem Legii, w którym wyznał, że marzy mu się praca w rosyjskiej lidze, że jest zainteresowany ambitnymi projektami.. Nie mogę się doczekać kiedy któryś z polskich trenerów dostanie szansę pracy w jakimś choćby średniej klasy zagranicznym klubie. Życzę Czesławowi Michniewiczowi, żeby był pierwszym i jak najszybciej dostał nową propozycję pracy za granicą, ale życzę tego przede wszystkim Legii...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama