Reklama

Reklama

Za co płacą kibice?

Nie popisała się reprezentacja Polski przed rozpoczynającymi się dziś mistrzostwami Europy. Zarówno w towarzyskim meczu z Rosją, jak i Islandią nie zobaczyliśmy niczego, na czym można oprzeć optymizm przed grupowymi meczami ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją.

Gdybył był kibicem, który zapłacił za bilet - czy to na mecz we Wrocławiu, czy Poznaniu - żeby zobaczyć w jakiej formie jest nasza piłkarska drużyna narodowa, to poczułbym się rozczarowany, nawet oszukany. Bo o ile jeszcze da się wytłumaczyć, że selekcjoner Paulo Sousa chciał sprawdzić niektóre nowe opcje w rywalizacji z Rosją, to już takich eksperymentów, które Portugalczyk przeprowadził w spotkaniu z Islandczykami, kompletnie nie rozumiem i w żaden sposób - mimo kredytu zaufania, którym obdarzyłem trenera - wytłumaczyć nie potrafię.

Reklama

Kiedy przed wejściem na antenę w studio Polsatu Sport dostaliśmy wyjściowe składy, po prostu oniemiałem. Trudno logicznie wytłumaczyć takie, a nie inne wyjściowe ustawienie naszej drużyny. Mało tego, moim zdaniem jest to też brak respektu dla płacących za bilety kibiców. To tak, jakby zaproszono widzów do teatru na generalną próbę przed premierą i na tej próbie aktorzy stanęliby na scenie i milczeli. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli wyjść w poniedziałek na Słowaków takim składem, jaki Sousa wystawił czy to na Rosję, czy Islandię. Byłoby to dla mnie ogromne zaskoczenie. Może PZPN powinien zrezygnować ze sprzedaży biletów na towarzyskie spotkania. A może w ogóle nie powinien ich organizować, jeśli one niczemu nie służą. Bo granie w takich składach nie ma żadnego sensu. Po języku ciała zawodników schodzących z boiska we Wrocławiu, ale też z ich zachowania w trakcie meczu (np. gestykulacja Roberta Lewandowskiego), widać było raczej frustrację niż poczucie dobrze wykonanej pracy. Wydaje mi się, że zamiast wzmocnić zrozumienie, wyrobić pewne automatyzmy, a przede wszystkim wzmocnić poczucie zaufania i pewności siebie, nasi piłkarze polecą do Sankt Petersburga jak na loterię fantową - u nuż uda się coś wylosować.

Większość trenerów drużyn, które rozgrywały towarzyskie mecze w ramach przygotowań do EURO 2020 odkryło karty i zagrało przez jakiś czas w tym optymalnym ustawieniu. Paulo Sousa zdecydował, że do ostatniej minuty będzie blefował. Niektórzy próbują tłumaczyć trenera, że to taka zasłona dymna. Tylko żeby coś zasłaniać, to to coś trzeba mieć, tymczasem jeszcze w żadnym z dotychczasowych meczów nie miałem poczucia, że z tych eksperymentów powstaje jakaś solidna konstrukcja. Umówmy się,  Islandia to nie była drużyna, która tak dzielnie walczyła na EURO 2016 czy dwa lata później w mistrzostwach świata w Rosji. Niestety od tamtej pory i w naszej kadrze, mimo bardzo dużego potencjału - dużo większego, niż w przypadku liczącego niecałe 350 tysięcy kraju - obserwujemy stały regres.

Muszę przyznać, że do dziś nie wyszedłem z szoku po poniedziałkowym występie i trudno mi przekonać samego siebie, że na mistrzostwach zobaczymy zupełnie inaczej grającą drużynę.No chyba że w zaciszu ośrodka treningowego w Opalenicy portugalski sztab zbudował bombę atomową, którą skrzętnie ukrywał, żeby niespodziewanie zrzucić w poniedziałkowy wieczór. Tylko taka niespodzianka może przekonać mnie o fachowości  Sousy.  



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje