Reklama

Reklama

​Puchar Polski: Arka - Piast. Damian Zbozień: Trzymam kciuki za Arkę

I-ligowa Arka Gdynia w poprzednich latach nie raz sprawiała niespodzianki w "Turnieju tysiąca drużyn". Były obrońca gdynian Damian Zbozień zna receptę na pucharowy sukces. Półfinał Arka - Piast już dzisiaj o 17.30. Transmisja w Polsacie Sport.

Maciej Słomiński, Interia: W półfinale Pucharu Polski Arka Gdynia dziś podejmuje Piast Gliwice, w obu tych klubach pan występował. Dla kogo mocniej będzie biło pana serce w tym spotkaniu?

Damian Zbozień, obrońca Wisły Płock: - W Piaście grałem już prawie dekadę temu. Wciąż jest niezniszczalny bramkarz Kuba Szmatuła. Z Gerardem Badią dosłownie minąłem się, on przychodził, ja wyjeżdżałem do Rosji.

Bliżej zatem panu do Arki.

- W Gdyni byłem całkiem niedawno, jeszcze w poprzednim sezonie. Dwa razy zagrałem w finale Pucharu Polski, zdobyłem dwa Superpuchary - to rewelacyjne przeżycia, najlepsze w mojej karierze, zostały same fajne wspomnienia.

Reklama

Dziś w barwach Arki Gdynia występuje niewielu zawodników, którzy dzielili szatnię z panem.

- Jeszcze na początku sezonu było ich więcej, po zmianach w przerwie zimowej nie wiem, czy bym odnalazł się w gdyńskiej szatni. To już zupełnie nowy zespół. Ogromny sentyment jednak pozostał, dlatego niewątpliwie będę trzymał kciuki za Arkę.

Kto w Arce jest w stanie natchnąć zespół, żeby nawiązała do pięknych pucharowych tradycji?

- Wciąż w drużynie jest Marcus da Silva, który zaliczył oba pucharowe finały w latach 2017-18 . Jestem przekonany, że on opowie reszcie chłopaków, że to chwile o które warto walczyć. Przykro mi jedynie, że z powodu pandemii mecze odbywają się bez udziału publiki. Dla mnie dwa finały Pucharu Polski na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym to szczytowe osiągnięcia kariery, szkoda że teraz jest to niemożliwe.

To Piast Gliwice jest dziś wyżej notowany i jest faworytem do gry w finale Pucharu Polski.

- Piast to zespół wyrachowany, będący na fali, o ustabilizowanej formie, ma więcej szans na zwycięstwo. Ostatecznie dwie drużyny wychodzą na boisko i wszystko się może zdarzyć. Nie takie niespodzianki widział futbol. Podczas mojego pobytu w Gdyni, w lidze przeważnie walczyliśmy o życie, jednak w rozgrywkach pucharowych potrafiliśmy sprawić niespodzianki.

Czy była szansa, żeby został pan w Gdyni po poprzednim nieudanym sezonie? Dziś grałby pan w niższej lidze, ale byłaby szans przeżyć kolejną pucharową przygodę.

- Żegnać się z klubem i zarazem spadać z ligi to przykra sytuacja. Czułem, że trener Ireneusz Mamrot chce bym został w Gdyni. Właściciele klubu zaproponowali mi nową umowę, jednak w niższej lidze były to zupełnie inne warunki, w efekcie rozstaliśmy się.

O wygrany finał Puchar Polski w 2017 r. nie będę pytał, bo zostało powiedziane już wszystko. Rok później w decydującym starciu przegraliście z Legią Warszawa, wręczenie trofeum dla rywala to zawsze bolesny moment dla pokonanych. Tymczasem po tym meczu powiedział pan: "Patrzyłem na Legię wznoszącą puchar i płakać mi się chciało. Wkur... mnie to. Zapamiętam sobie ten obrazek. Koledzy nie patrzyli, ja przeciwnie. Teraz będę czerpał z tego energię do dalszej pracy".

- To już prawie trzy lata, ale doskonale pamiętam ten moment. Większość kolegów z Arki nie patrzyła na ceremonię wręczenia pucharu, ja wprost przeciwnie podszedłem bliżej, oparłem  się o ławkę rezerwowych, żeby się dobrze przyjrzeć. Nie wszystkie chwile w sporcie i życiu są miłe, z porażek też można wyciągać wnioski i czerpać energię.

Mówi się, że "lepsze jest wrogiem dobrego". Arka za kadencji trenera Leszka Ojrzyńskiego była krytykowana za styl, nie przedłużono z nim kontraktu, przyszedł trener Zbigniew Smółka i wszystko się posypało, chociaż początki były niezłe. Wygraliście Superpuchar na stadionie Legii, przed tym meczem mówił pan: "Bardzo dobrze się z nim współpracuje. Drużyna ma zupełnie nowe oblicze, doszło do małej rewolucji kadrowej. Na pewno potrzebujemy trochę czasu, by się zgrać i dostosować do nowej taktyki. Jesteśmy jednak bardzo pozytywnie nastawieni. Trzeba wierzyć i być optymistą". 

- Gdy odchodził trener Ojrzyński podskórnie czuliśmy, że nie jest to dobry ruch. Po wspomnianym przegranym finale z Legią mówiłem: "To świetny fachowiec i mam nadzieję, że Arka go nie straci. Wyciska z niej najwięcej, jak tylko się da. A o to tu chodzi - umieć dostosować się do warunków, a Ojrzyński zrobił to znakomicie. Będę stał za nim murem". Zdania nie zmieniam, mieliśmy i wciąż mamy dobrą relację. Nie jestem jednak właścicielem, to on podjął decyzję o zmianie, my pracownicy musimy się dostosować i nie mamy wpływu na decyzję. Przyszedł trener Smółka, miał pomysł wpisujący się w filozofię właściciela, mimo udanego początku nie udało mu się grać ładnie dla oka i osiągać korzystnych wyników. Być może z materiałem ludzkim, jaki dostał nie było to możliwe? Nie czuję się kompetentny, by oceniać tamte ruchy właściciela. Plan był piękny, a że nie wypalił? No cóż, wiele czynników ma wpływ na wynik meczu piłkarskiego. Gdyby decydowały pieniądze, Paris Saint-Germain co roku wygrywałby Ligę Mistrzów, a tak nie jest.

Za kadencji trenera Ojrzyńskiego w Arce pana firmowym zagraniem stały się dalekie wyrzuty z autu. Ciekaw jestem historii tego zagrania.

- Tu przechodzimy do pucharowego rywala Arki - Piasta Gliwice. Jako pierwszy w lidze zacząłem stosować dalekie wyrzuty za kadencji trenera Marcina Brosza w Gliwicach. Trener inspirował się irlandzkim obrońcą Stoke City - Rorym Delapem, pokazywał nam filmy itd. Pierwsze komentarze ligowych obserwatorów nie były przychylne. "Nie potrafią grać w piłkę, rzucają z autu tylko, katastrofa".  Efekty jednak były niezłe, powstawało zagrożenie pod bramką rywala i były z tego gole. Nagle inne zespoły zaczęły nas naśladować. Wreszcie po którymś z treningów zawołał mnie trener Brosz i mówi - zobacz, z nas się śmiali, a dziś Michał Kucharczyk z Legii stosuje długie wyrzuty. Jeśli coś jest skuteczne, czemu tego nie zastosować? Trener Ojrzyński słynie z tego, że dba o stałe fragmenty gry. Jeden trening w tygodniu poświęcaliśmy na wyrzuty z auty, ja z jednej strony, Marcin Warcholak z drugiej, była to nasza mocna broń. Widzę, że dziś wiele drużyn poszło w nasze ślady.

Jako beniaminek w sezonie 2012/13 zajęliście czwarte miejsce, punkt za podium i wywalczyliście awans do europejskich pucharów. Jaka była tajemnica sukcesu tamtego Piasta Gliwice? Tylko proszę nie mówić, że stały za tym rzuty z autu.

- Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że ojcem sukcesu Piasta Gliwice był trener Marcin Brosz. To był jego autorski projekt, zbudował go od podstaw, wziął zawodników głodnych. To trener, który jest stworzony do pracy z zawodnikami młodymi, tyle wskazówek, co dostałem od niego, nie otrzymałem chyba od żadnego innego szkoleniowca. Nie dziwi mnie obecny rozwój wielu piłkarzy obecnego Górnika Zabrze. Trener jest wymagający, uparty, tamten sezon nie był sielanką, ale tamto czwarte miejsce Piasta to w dużej mierze jego zasługa. 

Czekam na kolejny krok trenera Marcina Brosza i prowadzenie drużyny, która będzie biła się o mistrzostwo kraju. A może dla niego, jako Ślązaka, szczytem marzeń jest prowadzenie Górnika Zabrze?

- Trener sam wie, co jest jego marzeniem, nie będę go w tym wyręczał. Górnik Zabrze to bez dwóch zdań wielka marka polskiego futbolu. Był już kiedyś taki moment, że było blisko by trener Brosz poprowadził drużynę ze ścisłego topu. Myślę, że temat powróci, bo akurat ten trener zasługuje na to jak mało kto.

Na mityczny Zachód pan nie wyjeżdżał, za to na Wschód tak. Pobyt w rosyjskim Amkarze Perm nie przebiegł tak ja pan zapewne planował. Co było przyczyną? Za mocna liga, kwestia aklimatyzacji, czy coś jeszcze innego?

- Wszystko po trochu, chociaż na brak towarzystwa nie narzekałem, byli ze mną Kuba Wawrzyniak i Janek Gol. Ściągał mnie trener Stanisław Czerczesow, u niego zacząłem sezon w składzie i myślę że grałbym w miarę regularnie. Stało się jednak inaczej, trener dostał ofertę z Dynama Moskwa i tam odszedł. U jego następcy nie miałem miejsca w składzie, było 30 chętnych do grania, duże pieniądze, ogromna rywalizacja. Poziom gry jest na pewno wyższy niż w naszej Ekstraklasie. Podchodzę do tego pozytywnie, nauczyłem się języka, poznałem fajnych ludzi, nie żałuję tego wyjazdu.

Przed obecnym sezonem związał się pan kontraktem z Wisłą Płock. Mówił pan wtedy: "Chciałbym wreszcie powalczyć o jakieś wyższe lokaty w ekstraklasie. Mam nadzieję, że zbudujemy na tyle mocny zespół, żeby grać o coś więcej niż tylko pozostanie w elicie". Tymczasem jesteście na 13. miejscu w tabeli PKO BP Ekstraklasy.

- Zostało jeszcze kilka meczów, w tabeli jest ciasno, niewykluczone że wdrapiemy się nieco wyżej w tabeli. Klub jest stabilny, dobrze prowadzony, budowany jest nowy stadion. Chciałbym być częścią tego projektu w kolejnym sezonie.

No właśnie, jaka jest pana sytuacja? Na 23 możliwe do rozegrania w lidze mecze wystąpił pan w 15. Ostatnio nie miał pan miejsca w składzie. Podpisał pan kontrakt "1+1", czy jest nadzieja, że zostanie wykorzystana opcja przedłużenia i zostanie pan w Płocku na kolejne rozgrywki?

- Straciłem miejsce w składzie, ale na pewno broni nie składam. W kontrakcie posiadam opcję przedłużenia umowy w przypadku rozegrania określonej ilości minut. Jestem w ciągłym kontakcie z dyrektorem sportowym, rozmawiamy o mojej sytuacji. Liczę, że zostanę w Płocku na dłużej. Mam jednak w głowie to co mówił trener Kamil Kiereś, który zawsze powtarzał, że "w piłce miesiąc to wieczność". Nie wybiegam za daleko w przyszłość, skupiam się na robocie. Cel podstawowy to odzyskanie miejsca w składzie, o innych rzeczach nie myślę, żeby nie stracić z oczu tego najważniejszego.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!


Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama