Reklama

Reklama

  • 1 .Atletico Madryt (58 pkt.)
  • 2 .FC Barcelona (53 pkt.)
  • 3 .Real Madryt (53 pkt.)
  • 4 .Sevilla FC (48 pkt.)
  • 5 .Real Sociedad San Sebastián (42 pkt.)
  • 6 .Real Betis Balompié (39 pkt.)
  • 7 .Villarreal CF (37 pkt.)
  • 8 .Granada CF (33 pkt.)

Martino leczy messiuzależnienie

Leo Messi zmieniony po 45 minutach, ale Cesc Farberas z Neymarem zdołali odmienić Barcelonę - bezproduktywną, jak w najgorszych chwilach ubiegłego sezonu. W pierwszym meczu Superpucharu Hiszpanii Katalończycy ocalili remis 1-1 z Atletico Madryt.

"My już byliśmy u dentysty, niech wejdzie następny" - żartował gorzko Joaquin Caparros po meczu pierwszej kolejki, w której prowadzone przez niego Levante straciło na Camp Nou siedem goli. Oczywiście nie forma kandydata do spadku z Primera Division elektryzowała większość kibiców, ale stan potentata z Barcelony. Czy nowy, argentyński trener poradzi sobie z "chorobami", które zaczęły dokuczać drużynie u schyłku ery Pepa Guardioli?

Reklama

W Hiszpanii, ale także w całej Europie toczy się debata, czy Barcelona Messiego znajdzie plan B, czy też po fazie wielkiego wzlotu, jej schyłek jest nieuchronny? Każdy kolejny trener rywali Katalończyków kurtuazyjnie ogłasza "oni wciąż są nr 1. na świecie". Niektórzy, tak jak Caparros, muszą to powtarzać także po meczu w głębokim zawstydzeniu. Są jednak tacy jak Diego Simeone, mający jasny pomysł, jak zatrzymać Katalończyków. W grze defensywnej Atletico jest potentatem w skali Europy.

Drugi mecz sezonu był dla Barcy bezdyskusyjnie trudniejszy niż pierwszy. W starciu o Superpuchar Hiszpanii na Vicente Calderon Gerardo Martino wrócił do klasycznego ustawienia drużyny pozostawiając na ławce Cesca Fabregasa i Neymara, czyli tych, którzy na koniec okazali się bohaterami. Atletico miał nękać trójkąt Messi-Iniesta-Xavi, ale zadanie totalnie przerosło ich siły, tak samo jak w przysłowiowych już meczach z Bayernem w półfinale Champions League. Biegający jak gończe psy gospodarze pozwolili Barcelonie wyłącznie na bezproduktywnie wymienianie podań po obwodzie pola karnego. Goście w ogóle nie zagrażali bramce Thibauta Courtoisa.

Więcej. Już w 12. minucie Atletico przeprowadziło zabójczą kontrę, zakończoną ciosem Davida Villi. "El Guaje", podarowany przed sezonem klubowi z Madrytu za nędzne 5 mln euro, nie bawił się w gesty szacunku dla byłego pracodawcy. Szalał z radości po swoim woleju, przypominającym najlepsze czasy, sprzed ciężkiej kontuzji w grudniu 2011 roku. Simeone jeszcze mocniej uwierzył, że ma w składzie gracza godnego miana legendy "La Roja".

Przez 45 minut "dentysta" zdradzał symptomy wszystkich najgorszych przypadłości z minionych dwóch sezonów. Barca grała wolno, przewidywalnie, bez błysku i pomysłu. Messi snuł się po boisku tracąc piłki, jak przy golu na 0-1. Ani krótka gra w trójkątach, ani dalekie przerzuty do skrzydłowych nie były metodą na morderczy pressing Atletico.

Jest jednak dobra wiadomość dla fanów Barcelony. Cesc Fabregas, który po powrocie z Premier League częściej zawodził niż błyszczał, jest chyba jednak graczem wartym 48 mln euro, jakie był za niego gotów zapłacić niedawno Manchester United. Transfer Neymara daje drużynie z Camp Nou nowe możliwości. Najważniejsze jednak, że nowy trener drużyny odważnie stara się leczyć ją z uzależnienia od Messiego. Kiedy w końcówce ubiegłym sezonu Argentyńczyk siedział na ławce kontuzjowany, jego koledzy na boisku zachowywali się niemal jak opłakujące stratę matki sieroty.

O uzależnieniu Barcelony od Messiego napisano tomy. Odnosiło się wrażenie, że przed snem każdy gracz z Camp Nou dobrowolnie zmawia różaniec za zdrowie, formę i dobry humor argentyńskiej gwiazdy drużyny. Bez Messiego nie działo się nic, koledzy tracili połowę wiary w siebie. Martino chce to zmienić, w dodatku ma na to chyba zgodę szefów klubu. Kiedy wczoraj w przerwie Leo (podobno kontuzja uda - przyp. red.) opuścił boisko Vicente Calderon, dla drużyny z Camp Nou zaczął się nowy, zdecydowanie lepszy okres gry. Zakończony wyrównującym golem Neymara.

Głębszych wniosków wyciągać z tego nie można. Martino udowodnił sobie i innym, że istnieje życie bez czterokrotnego laureata Złotej Piłki. Że ma graczy, którzy są w stanie podołać wyzwaniom w chwili, gdy największa gwiazda doznaje urazu lub po prostu nie radzi sobie na boisku. Nietykalność Messiego nie służyła już ani drużynie, ani jemu samemu. Pozycja Leo na Camp Nou jest taka, że gdy ogłoszono, iż Tito Vilanovę zastąpi Argentyńczyk, komentatorzy uznali to za pomysł Messiego, a nie szefów klubu z Camp Nou.

Nowy trener zdaje się mieć odwagę robić, co do niego należy. Czołowa drużyna świata, nie może pogrążać się w chorobliwym uzależnieniu od jednej osoby. Nawet, gdyby był nią kandydat na piłkarza wszech czasów.

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje