Reklama

Reklama

T-Mobile Ekstraklasa - liga niemocy

Specjaliści od propagandy o stale podnoszącym się poziomie Ekstraklasy mają ten problem, że istnieje obiektywna weryfikacja ich tez w rozgrywkach międzynarodowych. Wkrótce się ona jednak skończy, kiedy tylko Legia odpadnie z Ligi Europejskiej, znów będzie można opowiadać, że jest zespołem wyjątkowym.

Spojrzenie prawdzie w oczy bywa bolesne i nieprzyjemne. Tuż po rewanżu ze Steauą Bukareszt w decydującej fazie przegranych kwalifikacji do Champions League, gracze Legii przysięgali, że czuli się na boisku lepsi. Przytomność umysłu zachował Jan Urban, który ma pojęcie o sprawie, bo sam w piłkę grał lepiej, niż wszyscy jego piłkarze razem wzięci. Nawet on jednak nie przypuszczał, że faza grupowa Ligi Europejskiej będzie dla jego drużyny przeżyciem tak traumatycznym. Dziś, po 270 minutach walki z Lazio, Apollonem i Trabzonsporem mistrz Polski i lider tabeli, który w kraju nie ma sobie równych, zgromadził zero punktów i zero goli. Wśród 48 drużyn biorących udział w rozgrywkach nie ma takiej drugiej!

Miejmy nadzieję, że ta swoista martyrologia mistrza Polski czemuś służy. Może Kuba Kosecki, może Dominik Furman i inni młodzi piłkarze Legii wyciągną z tego wnioski i naukę? Nie warto się przesadnie pastwić nad najlepszą polską drużyną, bo ona przynajmniej zaszła tam, gdzie jest. Gdy przypomnimy sobie co w kwalifikacjach zdziałały inne lokalne potęgi Lech Poznań, czy Śląsk Wrocław, dokonania legionistów ujrzymy w innym świetle. Rywala Śląska Sevillę przedstawiano w Polsce jako wielką drużynę depczącą po piętach Realowi i Barcelonie, tymczasem po tamtym zespole, który wygrywał dwa razy Puchar UEFA nie ma nawet śladu. Była słaba drużyna z Primera Division, która pobiła klub z Wrocławia 9-1, i tak jednak słyszeliśmy komentarze o godnym reprezentowaniu naszej piłki.

Można postawić za cel drużynom z Ekstraklasy uniknięcie porażek dwucyfrowych. Da się wytłumaczyć każdy absurd, nawet taki, że są za biedne, by skutecznie rywalizować z rywalami zagranicznymi. Legia ma budżet sięgający 20 mln euro, znacznie wyższy od Apollonu, ale w skali Europy ta kwota nie powala na kolana. Pytanie brzmi: dlaczego polskie drużyny zachowują się tak nieracjonalnie, że mogą dostawać lanie od biedniejszych, za to bogatszym już absolutnie nie dają rady?

Ludzie zajmujący się propagandą Ekstraklasy przedstawiając ją jako coraz lepszy produkt, mają naprawdę ciężkie zadanie. Ledwo udało się wmówić kibicom, że Legia to zespół wyjątkowy, już przyszła weryfikacja w europejskich pucharach. To co wystarcza na naszą ligę, nie jest już nawet minimum międzynarodowym. Od lat polskie kluby gonią zagranicznych rywali znacznie wolniej, niż ci im uciekają. Nie pozostaje nam nic innego niż zakłamywanie rzeczywistości, w przeciwnym razie wierność Ekstraklasie byłaby już szczytem masochizmu.

Koncepcji wyjścia z kryzysu było u nas, co niemiara. A to, że trzeba postawić na młodych, zdolnych Polaków, bo obcokrajowcy przybywają do Ekstraklasy napchać kabzę. Lub wręcz przeciwnie: ponieważ polskie talenty występują w formie śladowej, należy postawić na graczy przyjezdnych, by na sukces nie czekać kilku pokoleń. Tak źle i tak niedobrze.

Piłką nie da się sterować ręcznie, zza biurka, za pomocą przepisów i dekretów. Nawet najlepsze pozostaną martwą literą. Dopóki przeciętny polski piłkarz będzie źle wyszkolony, dopóty nasze kluby nie podźwigną się z europejskiej III ligi. Raczej spadną do czwartej, niż wykonają krok do przodu. Stawianie na młodych ma tę wadę, że wymaga, by młodzi sami na siebie postawili. Jeśli Kucharczyk, czy Żyro nie zrobią postępów na boisku, nie pomogą im najświatlejsze nawet dekrety. Futbol to nie kino, nie da się wylansować byle czego wmawiając ludziom, że jest dobre, bo wcześniej, czy później nieunikniona jest weryfikacja na boisku. Podczas tej weryfikacji polski piłkarz zostaje boleśnie obnażony.

Reklama

Nie ma nic bardziej demoralizującego, niż wmawianie młodym, że są wielcy i stwarzanie im warunków cieplarnianych. Futbol nie znosi propagandy, nie rozdaje prezentów. Pamiętam, jak rodzimi spece od piłki namawiali Roberta Lewandowskiego, by został w Ekstraklasie rok dłużej, bojąc się, że w Bundeslidze sobie nie poradzi. 22-letni wtedy napastnik wiedział na szczęście, że nie ma już czasu. Jego kariera w Borussii to kwestia zbiegu wielu czynników, bez talentu, klasy i pracy piłkarza najlepsi nawet menedżerowie byliby bezradni.

Większość piłkarzy wyjeżdżających z Ekstraklasy nie jest przygotowanych do gry na wyższym poziomie. Lewandowskiemu adaptacja zajęła rok, u mniej zdolnych i pracowitych trwa latami. Paweł Brożek wrócił do Ekstraklasy ciężko pokiereszowany zawodowo, by z miejsca odzyskać swój status lokalnej gwiazdy. Jedyni obrońcy z którymi tej jesieni kompletnie sobie nie poradził to byli amatorzy z San Marino, gdy Waldemar Fornalik powołał go do kadry.

Trudno narzucać polskim piłkarzom, jak mają kierować swoimi karierami. Jeszcze trudniej uczyć prezesów klubów jak powinni wydawać własne pieniądze. Im ta swoista propaganda sukcesu w polskiej lidze jest na rękę, choćby była tak ogłupiająca i absurdalna jak w czasach PRL. Wtedy mieliśmy dobry futbol, ale i dziś, mimo braku sukcesów, wielu ludzi nieźle z niego żyje. Im to do szczęścia wystarczy, z tego co widać.

Za kilka tygodni Legia odpadnie z Ligi Europejskiej i rany się zagoją. W kraju znów będzie biła rywali, więc urośnie nowy balon oczekiwań, który pęknie z hukiem kilka miesięcy później. Zamiast świętować teraz każdy mecz ostatniego polskiego klubu w rywalizacji międzynarodowej, jego grze towarzyszy atmosfera stypy. A przecież zawsze może być gorzej, jak w sezonie 2009-2010, gdy cztery polskie kluby odpadły z pucharów już w kwalifikacjach.

W sumie zastraszające jest przede wszystkim jedno: tak dobre samopoczucie środowiska ze szczególnym uwzględnieniem rodzimej myśli szkoleniowej. Zamiast uderzyć się w pierś, nasi trenerzy twierdzą, że wyłącznie oni są zdolni do majstrowania przy drużynie narodowej. Jeśli Adam Nawałka, który prawdopodobnie zastąpi Waldemara Fornalika jest faktycznie szkoleniowcem tak ambitnym jak się mówi, powinien traktować Ekstraklasę jako ligę niemocy i natychmiast po nominacji wyrzucić z pamięci niemal wszystko, czego się w niej nauczył. Może to jest sposób na sukces?

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje