Reklama

Reklama

Raków Częstochowa. Zoran Arsenić: Poczułem się, jak w derbach Krakowa. Ale Filip Piszczek dzwonił do mnie i przeprosił

Chorwat Zoran Arsenić jest dumny z awansu do finału Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa. Przyznaje też, że po bezmyślnym faulu, jakiego dopuścił się na nim w półfinałowym starciu gracz Cracovii Filip Piszczek, napastnik "Pasów" zadzwonił do niego i przeprosił za swoje zachowanie. Dziś Arsenić i jego Raków zmierzą się z Lechem Poznań (godz. 17.30).

Reklama

Chorwat Zoran Arsenić i jego Raków Częstochowa w środowy wieczór świętowali awans do finału Pucharu Polski po pokonaniu 2-1 Cracovii, obrońcy trofeum.

Reklama

Arsenić niechcący stał się bohaterem kontrowersyjnej sytuacji z meczu półfinałowego, do której doszło za linią boczną boiska. W pewnym momencie z impetem kopnął go zawodnik rywali Filip Piszczek, co mogło się dla Chorwata skończyć poważnym urazem. Tym bardziej, że zawodnik Cracovii trafił akurat w nogę postawną obrońcy. Po faulu, doszło jeszcze do przepychanki wzburzonych sztabów i zawodników obu drużyn. Arsenić w tym czasie zwijał się z bólu za linią boczną boiska. Ostatecznie Piszczek obejrzał za swoje wejście czerwoną kartkę.

- Jeśli chodzi o doznane stłuczenie, nie jest to najwyraźniej nic poważnego, więc o tyle dobrze - uspokajał już po meczu Chorwat. Przyznał, że poczuł się przez moment, jak dawniej w derbach Krakowa, w czasach, gdy jeszcze grał w Wiśle Kraków. - Miałem takie wrażenie - skwitował.

Zdradza jednak, że Piszczek po czasie zreflektował się, że przesadził.

- Dzwonił do mnie na drugi dzień po meczu. Wygląda na to, że to w porządku chłopak, pogadaliśmy trochę. Nie mam do niego dużych pretensji. Taka jest piłka, w rywalizacji pucharowej jest zawsze dużo emocji. Oczywiście ta sytuacja była niebezpieczna, bo było ryzyko kontuzji. Ale nie winię go, nie mam do niego pretensji - deklaruje Chorwat.

Uszczęśliwić kibiców

Raków w finałowej walce o trofeum zmierzy się z Arką Gdynia. Arsenić wie, że częstochowianie nie mają prawa zlekceważyć rywala, choć to drużyna z I ligi. - Nie możemy podchodzić do tego finału w ten sposób. Arka pokazała już w meczu z Piastem Gliwice, że jest w stanie ograć drużynę z Ekstraklasy. Musimy się na tę finałową konfrontację bardzo dobrze przygotować. Będziemy starali się wygrać to historyczne trofeum dla Rakowa i uszczęśliwić naszych kibiców - podkreśla Chorwat.

Do finału Pucharu Polski zostało jednak jeszcze sporo czasu. A już dziś piłkarzy Rakowa czeka inny trudny sprawdzian - podejmą Lecha Poznań, którego dopiero co objął nowy trener Maciej Skorża.

Tymczasem częstochowianie ostatnio nie przeżywali łatwych tygodni, bo drużyna zmagała się z przypadkami zakażeń koronawirusem. Z tego powodu pod koniec marca przełożono ich mecz ze Stalą Mielec. Wygrane z Wisłą w lidze i Cracovią w Pucharze pokazują jednak, że te problemy nie  wpłynęły mocno na formę częstochowian. - Jesteśmy na tyle dobrze zbudowaną drużyną, mamy tylu dobrych graczy, że nawet, gdy ktoś wypadał z rywalizacji, ktoś inny mógł chorego zastąpić. Poza tym, naprawdę w klubie dokładamy wszelkich starań, by maksymalnie zachowywać środki ostrożności i ochrony przed zakażeniem. Nie jestem nawet w stanie do końca opisać, jak bardzo o to dbamy na każdym kroku - zaznacza Arsenić.

Szalone pół roku w Rijece

27-latek trafił do Rakowa pod koniec zimowego okienka transferowego, na zasadzie wypożyczenia z Jagiellonii Białystok. Poprzednie pół roku spędził jednak w ojczyźnie, w HNK Rijeka, dokąd również był wypożyczony. Dlaczego zdecydował się tak szybko wrócić do Ekstraklasy? Przyznaje, że na początku wydawało mu się, że jego przygoda z Rijeką może potrwać dłużej. 

- Ostatecznie wszystko potoczyło się inaczej. Wiele rzeczy się wydarzyło przez ostatnie pół roku. Po przenosinach do Rijeki niemal z marszu zagrałem mecz, ale doznałem kontuzji. Zostałem wyłączony z treningu na wiele tygodni. W międzyczasie w drużynie Rijeki zaczęły się problemy na tle zakażeń koronawirusem. Ja też zresztą wówczas się zaraziłem - nie kryje. - To wszystko sprawiło, że gdy wróciłem na boisko, nie grałem na miarę swoich normalnych możliwości. Kiedy więc pojawiła się szansa na powrót do Polski pod koniec okienka transferowego, postanowiłem z niej skorzystać.

O Rakowie słyszał wiele dobrego, znał też asystenta Marka Papszuna, czyli Goncalo Feio, z czasu wspólnej pracy w Wiśle Kraków. - Wiedziałem, że Raków ma bardzo dobrą drużynę. Doszliśmy z Rijeką do porozumienia. Ja też nie byłem usatysfakcjonowany tym, co tam prezentowałem i całą sytuacją. Pozwolono mi na przenosiny do Polski - podsumowuje Arsenić.

Nie znaczy to jednak, że pobyt w HNK Rijeka może całkiem spisać na straty. - Będę miał sporo pozytywnych wspomnień z tego czasu w Rijece. Rywalizowaliśmy w końcu w fazie grupowej Ligi Europy. I nawet, jeśli ja sam nie zagrałem ostatecznie ani minuty, to znalazłem się w kadrze meczowej na dwa ostatnie starcia. I nawet samo to było wyjątkowym doświadczeniem. Najpierw moja drużyna zremisowała 2-2 z Realem Sociedad, a potem jeszcze wygraliśmy z AZ Alkmaar 2-1. To na pewno będę miło wspominał - deklaruje obrońca. - A poza wszystkim Rijeka to wspaniałe miasto.

W Rijece miał okazję współpracować z Simonem Rożmanem, 38-letnim szkoleniowcem, którego niektórzy widzą jako niezłego kandydata do pracy w przyszłości nawet w polskiej Ekstraklasie. - Ciekawie byłoby móc kiedyś zobaczyć tego trenera w Polsce. Na ten moment Słoweniec wrócił do NK Maribor. Ale na pewno to dobry, młody szkoleniowiec, z dużym potencjałem. Rzeczywiście widziałbym go w przyszłości w Ekstraklasie. Niestety w tym ostatnim okresie klub z Rijeki musiał grać dziesięć meczów w ciągu miesiąca, bo część mieliśmy poprzekładane z racji wcześniejszych zakażeń koronawirusem. Ostatecznie Rożman zrezygnował z posady po meczu z Hajdukiem Split - wspomina Chorwat.

Trudne Chorwatów wybory w Wiśle

W Rijece Arsenić spotkał też ponownie Tibora Halilovicia, starego znajomego z Wisły Kraków. - W sumie cały czas spędzaliśmy razem - śmieje się. - Z racji tych koronawirusowych ograniczeń i tak nie mogliśmy się za bardzo przemieszczać, więc tym bardziej dzień w dzień przesiadywałem z Tiborem. W tamtym okresie Hali też zmagał się zresztą z urazem. Ostatecznie on również opuścił Rijekę i przeniósł się do Holandii, do Heerenveen.

Zanim Arsenić został zawodnikiem Rakowa, pojawił się na moment temat jego ewentualnego powrotu do Wisły Kraków. Podobnie, jak Tibor Halilović, również Arsenić opuścił Wisłę na początku 2019 roku, gdy w klubie trwało potworne zamieszanie związane z próbą przejęcia "Białej Gwiazdy" przez słynnego Vannę Ly i spółkę. Niektórzy kibice Wisły mają do dziś żal do Chorwata, że nie został wówczas w drużynie, tylko złożył wniosek o rozwiązanie kontraktu z powodu piętrzących się zaległości finansowych. Arsenić przyznaje jednak, że osoby z zewnątrz nie mają wyobrażenia, jak gigantyczny bałagan panował wówczas w krakowskim klubie. Piłkarze miesiącami nie dostawali pensji, byli okłamywani przez ówczesnych działaczy. Mimo to, rundę dograli do końca z pełnym zaangażowaniem.

- Kiedy człowiek myśli o przeszłości, może sam siebie zapytać: dlaczego ostatecznie podjąłem taką, a nie inną decyzję. Może mogłem postąpić inaczej? Ale to już historia, pewnych rzeczy nie zmienimy. Prawdą jest, że mogliśmy wspólnie z Halim jeszcze wiele dobrych meczów rozegrać w Wiśle, gdyby nie to całe zamieszanie organizacyjne w klubie - wzdycha Chorwat. -  To była dla mnie wtedy bardzo trudna decyzja i o Tiborze mogę powiedzieć to samo. Dla niego też to było niełatwe. Musieliśmy jednak myśleć o swoich karierach. Musieliśmy w pewnym momencie pomyśleć o sobie i tak naprawdę chronić siebie. Czułem wtedy, że musiałem tak postąpić. Wiem, że są ludzie, którzy to zrozumieją, ale i tacy, którzy nie podejdą do tego ze zrozumieniem. Ale nie mam z tym problemu.

Arsenić czasem odwiedza Kraków, gdy ma taką możliwość. O ostatnich pogłoskach transferowych dotyczących Wisły mówi:  - Było pewne zainteresowanie, ale ostatecznie jak wiadomo nic się nie wydarzyło w tym temacie. O tej dyskusji wśród kibiców na mój temat nawet nie wiedziałem. Ale każdy ma prawo do swojej opinii. Zresztą, ludzie z zewnątrz nie mieli tak naprawdę wiedzy, co się wtedy działo w krakowskim klubie. Z zewnątrz jest łatwo oceniać.

Po sezonie Chorwat będzie musiał podjąć kolejną decyzję dotyczącą swojej dalszej kariery. Teoretycznie ma jeszcze przez rok ważny kontrakt z Jagiellonią. Pobyt w Rakowie bardzo sobie jednak chwali. - Trener Marek Papszun doskonale wie, czego oczekuje od piłkarzy. Bardzo dobrze się czuję w Rakowie. Zobaczymy, co będzie po sezonie - kwituje.

   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje