Reklama

Reklama

Legia - Jagiellonia 0-2. Pojedynek bramkarzy, na których czyhała emerytura

Jednemu należała się łatka ciamajdy i odesłanie na emeryturę, drugiemu również emerytura, ale z łatką "przeciętniak". 36-letni Mariusz Pawełek i o rok starszy Arkadiusz Malarz jednak oszukali czas i to jak - dziś bronią w najlepszych klubach Ekstraklasy - pisze na w najnowszym felietonie Piotr Jawor.

Pawełek to jeden z najsympatyczniejszych piłkarzy, jakiego spotkałem. Nie gwiazdor błyszczący kilogramami żelu, ale normalny facet. Zawsze uśmiechnięty, coś zagadał, spytał jak leci. Rozumiał pracę dziennikarza, podczas gdy ja próbowałem zrozumieć jego.

Wyboru nie dawał

To było jednak trudne, tak samo jak z trudem przechodziło przez palce napisanie, że znów popełnił ośmieszający błąd. Szczególnie, gdy ma się świadomość, że to naprawdę dobry zawodnik.

Pawełek wyboru jednak nie dawał, szczególnie za czasów gry w Wiśle. To przepuścił piłkę pod nogą, to między nogami, to wyłożył ją rywalowi lub wyszedł za daleko. Co z tego, że momentami bronił świetnie, skoro za moment znów coś zmajstrował.

Reklama

Jako człowieka było go bardzo szkoda, jako bramkarz żegnany przy Reymonta był bez żalu. Później była Turcja i problemy z płatnościami, na moment Polonia Warszawa i znów Turcja, a następnie Śląsk Wrocław. Kluby coraz słabsze i wydawało się, że zaczyna się modelowy zjazd w kierunku meczu pożegnalnego w rodzinnej Lubomi oraz skompilowania filmu szkoleniowego z jego wpadek pt. "Co się dzieje, gdy bramkarz traci koncentrację".

"Pan Bóg ma niezwykłe pomysły"

We wtorkowym hicie po drugiej stronie boiska stał Arkadiusz Malarz. Rok starszy od Pawełka, do niedawna z uboższą karierą. Grecja, Cypr. Raz boisko, raz ławka. Później GKS Bełchatów i dalej występy przeciętne przeplatane niezłymi. Normalny, ekstraklasowy bramkarz, który przygotowuje się do spakowania sprzętu i emerytury.

Ta zapowiadała się szczególnie przyjemnie, bo na ławce Legii Warszawa. Gdy przeprowadzał się do stolicy nie myślał chyba, że będzie konkurentem dla Duszana Kuciaka. Nie, miał być rezerwowym, a z czasem może nawet rezerwowym rezerwowego.

Taka była teoria, praktyka spłatała figla. Dziś Malarz jest absolutnie podstawowym bramkarzem Legii, jej kapitanem, a w meczu na szczycie kluczowym zawodnikiem. Gdy grająca w przewadze Jagiellonia ostrzeliwała bramkę mistrzów Polski, Malarz wyczyniał cuda, choć w końcu jednak się pomylił i sprokurował rzut karny.

O tym, jak zaskakująco potoczyła się kariera Malarza najlepiej świadczy jego wpis na Twitterze, po meczu sprzed półtora roku z Realem Madryt.

""Niespełna pięć lat temu byłem bliski zakończenia kariery. Pan Bóg ma jednak niezwykłe pomysły..." - napisał po sensacyjnie zremisowanym spotkaniu (3-3). Do tej wiadomości dołączył zdjęcie, pokazujące, że po czterech kolejkach fazy grupowej LM jest bramkarzem, który miał najwięcej udanych interwencji.

Fala, która nie zawsze niesie

Dziś Malarz i Pawełek mogliby wspólnie siedzieć przy piwie i oglądać hit Ekstraklasy. Ewentualnie mogliby rozsiąść się przed telewizorem po treningu w jakimś trzecioligowym zespole. Pokiwaliby głowami, powspominali podobne spotkania w Ekstraklasie i powiedzieli dzieciom: Patrz, tatuś też kiedyś grał  przy Łazienkowskiej.

Przypadek? Łut szczęścia? Menedżerowie? Ciężka praca? Pewnie wszystko po trochę, ale tego ostatniego najwięcej. Najważniejsze jest jednak przesłanie - dopóki bramkarz nie powie dość, niewykluczone, że jeszcze gdzieś błyśnie.

Ale jest też druga strona medalu, bramkarzom ku przestrodze. A mianowicie - nawet jeśli zawodnik gdzieś kiedyś błysnął, nie znaczy, że fala poniesie go aż do późnej emerytury w Ekstraklasie. Grzegorz Sandomierski był przecież w kadrze na Euro 2012, a dziś, mimo 29 lat, jest bez klubu. Co oczywiście nie wyklucza, że wkrótce zagra w jakimś hicie ligi.

Piotr Jawor

Dowiedz się więcej na temat: Legia Warszawa | Jagiellonia Białystok

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje