Reklama

Reklama

Jak wojewodowie naprawiają polską piłkę

​Wojewodowie ostatnio znowu wzięli się za robienie porządków na stadionach. Uznali, że policja, Ekstraklasa SA i PZPN najzwyczajniej sobie z tym nie radzą, więc trzeba wkroczyć.

W lansowanej przez nich tezie, że najbardziej bezpiecznym stadionem na świecie jest ten, na który nie wpuści się kibiców, jest sporo prawdy. Przecież wtedy nikt nie rozłoży sektorówki, ani nikt też nie odpali racy. Dosyć jednak żartów. Te igraszki wojewodów nie są do śmiechu ludziom, którzy łożą prywatne pieniądze na polski sport. I niezależnie od tego, czy należą do grupy właścicieli klubów, ich sponsorów, czy tej największej - kibiców.

Tym się właśnie różnią te trzy grupy - oni nie bawią się za publiczne pieniądze, jak np. wojewodowie, tylko za swoje, prywatne. I tylko dzięki nim - z różną prędkością, ale jednak we właściwym kierunku - się kręci karuzela o nazwie "polska piłka". Co najważniejsze, dzięki współpracy Ekstraklasy i PZPN-u z policją, polskie stadiony są w światowej czołówce, jeśli chodzi o bezpieczeństwo.

Reklama

Dwa z ośmiu meczów 19. kolejki odbyły się bez udziału kibiców, bo stadiony zostały zamknięte. Ten w Bydgoszczy za poważne burdy, jakich dopuścili się pseudokibice trzech drużyn: Zawiszy, Widzewa i ŁKS-u. Tych ostatnich nie powinno tam w ogóle być, a jednak w sile 600 dotarli pod stadion i nikt ich nie zatrzymał, a powinien to zrobić już na rogatkach Łodzi. Nie mieli biletów na mecz, a także żadnych szans na ich kupienie, postanowili szturmem wziąć bramy.

Przy okazji tych zajść zastanowiło mnie kilka najnowszych faktów z bezpieczeństwa, a raczej jego braku i to nie na stadionach, tylko na ulicach miast. W stolicy nikt nie pilnuje dostępu do ambasady Rosji i po obrzuceniu jej skandal mamy gotowy. Wycieczka 600 kibiców klubu, którego nie ma w lidze, bierze aktywny udział w burdach. A gdyby ci ludzie wpadli na pomysł pojechać pod dom premiera, pałac prezydenta, też by bez trudu dojechali?

Co do zamknięcia obiektu Zawiszy nikt chyba nie ma pytań - była największa zadyma od lat, kara musi być. Ale nie da się tej samej miary przyłożyć do Legii, czy wcześniej Cracovii, którym wojewodowie zamknęli stadiony za sektorówki i używanie pirotechniki.

W meczu Legii z Pogonią 12 osób (cztery ze Szczecina i osiem z Warszawy) odpaliło race, od których - jak zwykle - nic się nikomu nie stało. Efekt? Wojewoda Kozłowski zamyka stadion dla 22 tys. ludzi! Tylko czekać, jak zaczniemy zamykać autostrady, bo jeden czy drugi kierowca jechał za szybko i spowodował wypadek.

Co da takie niesprawiedliwe i niezasadne zamknięcie jednej z najnowocześniejszych aren w lidze? Tylko spowoduje gigantyczne straty finansowe dla klubu. Nie prościej byłoby ukarać 12 ludzi, którzy odpalili te race, bo faktycznie to czyn ustawowo zabroniony?

Wojewoda mazowiecki atakuje prezesa PZPN-u Zbigniewa Bońka. - Prezes Zbigniew Boniek powiedział, że moja decyzja (o zamknięciu stadionu) jest jak strzelanie bombą atomową do wróbla. Zgadzam się. Strzeliłem z pistoletu najwyższego kalibru. Tylko że ja innego nie mam. A gdyby pan Boniek wcześniej używał swojej śrutówki, to być może nie musiałbym korzystać z takiego narzędzia. Nie wiem, dlaczego prezes PZPN przymila się do tej grupy kibiców, którą powinniśmy ze stadionów eliminować - powiedział Jacek Kozłowski "Przeglądowi Sportowemu".

Sęk w tym, że Boniek nie przymila się do stadionowej chuliganerii, a wręcz przeciwnie - na każdym kroku podkreśla, że polska piłka nie potrzebuje awanturników na meczach, tylko że rolą państwa - policji, a nie klubów jest ich eliminować.

Wszystkie stadiony w Ekstraklasie mają profesjonalny monitoring. Zainstalowano go za ciężkie pieniądze głównie po to, by nie stosować odpowiedzialności zbiorowej, gdy ktoś przekroczy prawo na trybunie!


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje