Reklama

Reklama

Żużlowe upadki. Ward stracił wszystko w biegu o nic. Mógł przeczuwać swój upadek

W sierpniu 2015 w Zielonej Górze wydarzył się dramat. Darcy Ward, który dopiero co powrócił do żużla po zawieszeniu, upadł w tak paskudny sposób, że zmiażdżył rdzeń kręgowy i został przykuty do wózka inwalidzkiego. Fenomenalnie zapowiadająca się kariera jednego z najbardziej utalentowancych żużlowców w historii, zakończyła się w jednej chwili. Dziś Ward odnalazł się w życiu po żużlu. Poszukuje młodych talentów, a sam został ojcem.

Największy talent, jaki świat widział?

O niektórych żużlowcach mówi się, że do swojej dyscypliny są po prostu stworzeni. W najnowszej historii speedwaya pojawiło się kilku takich zawodników. Jednym z nich (jeśli nie czołowym z nich) był Darcy Ward, Australijczyk dla którego Ryan Sullivan w styczniu 2009 roku w środku zimy wydzwaniał pilnie do Jacka Gajewskiego, aby poinformować o narodzinach perły światowego żużla. Unibax postanowił momentalnie ściągnąć 16-latka do Polski, a ten przyjeżdżając praktycznie bez sprzętu i z jedną parą słabych jakościowo spodni, wsiadł na motocykl i porostawiał miejscowych zawodników po kątach. Błyskawicznie zadebiutował w lidze. W derbach Pomorza przywiózł siedem punktów, czym bardzo pomógł swojej drużynie.

Reklama



Później kariera Warda potoczyła się już tempem francuskiego TGV. Zdobył złoto w indywidualnych mistrzostwach świata juniorów, kapitalnie jeździł w lidze, wygrywał turnieje GP. Miał jednak skłonność do pakowania się w problemy, zwłaszcza gdy w pobliżu był Chris Holder. Mówiło się, że zawodnicy mają na siebie zły wpływ. Wywoływali sporo afer obyczajowych, po których przeważnie najbardziej obrywało się Wardowi. Klub z Torunia wypożyczył nawet młodszego z Australijczyków do Gdańska, by choć na chwilę odseparować go od toksycznego kolegi. Na niewiele się to zdało, bo Darcy oprócz talentu do speeedwaya, nadal zdradzał talent do rozrabiania. W 2014 przed turniejem GP na Łotwie został przebadany pod kątem obecności alkoholu we krwi. Badanie wskazało, że jest pod wpływem. Zawodnika zawieszono.

Coś przeczuwał?

Później w życiu Warda wydarzyły się dwie sytuacje, które wydają się co najmniej dziwne w kontekście tego, co stało się później. Przedłużający się brak decyzji na temat  długości kary dla Warda i coraz dłuższe oczekiwanie powodowało, że zawodnik bardzo się frustrował. Wspominał nawet o tym, że zakończy karierę. Gdyby tylko to zrobił... Ostatecznie skończyło się na tym, że dość szybko wrócił do żużla. Różne były przewidywania na temat jego formy po tak długiej przerwie. - Będzie od razu na szczycie. On jest stworzony do żużla - mówił Sławomir Kryjom i nie pomylił się. Ward jeździł kapitalnie, ale od razu oczywiście wywołał zamieszanie. Przeszedł do Falubazu, a z kibicami tej drużyny nie miał po drodze. Większość z nich zapomniała mu jednak dawne historie po kosmicznym występie w Gorzowie (20 punktów).

22 sierpnia odbywał się w Zielonej Górze trening przed meczem z MRGARDEN GKM-em Grudziądz. Ward pojawił się na nim, ale nie za bardzo chciał jeździć. Był rozdrażniony, nerwowy, sporo rzeczy go irytowało. Zupełnie nie ten Ward, co zwykle. Szybko skończył trening i poszedł pod prysznic. W życiu człowieka zdarzają się sytuacje, w których w niewytłumaczalny sposób przeczuwa nadchodzące złe wydarzenia. Wiele wskazuje na to, że coś takiego wydarzyło się u Warda. Następnego dnia odjechał swoje ostatnie spotkanie w życiu, a niespełna dobę po treningu lekarze walczyli o jego zdrowie.

O jeden atak za dużo

To był ostatni wyścig wspomnianego meczu. Ward jechał za Artiomem Łagutą, bo przegrał z nim start. Na drugim łuku chciał go zaatakować, ale pociągnęło go i zahaczył o tyle koło Rosjanina. Jak wiemy, tzw. obcierki to najgorszy możliwy typ żużlowego upadku. Zawodnik traci wówczas całkowicie kontrolę nad maszyną i leci tam, gdzie go akurat sprzęt pokieruje. Ward nie zdążył nawet przygotować się do kontaktu z bandą. Uderzył w nią z pełnym impetem, i to w miejscu, w którym nie było już pneumatycznych zabezpieczeń. Padł na torze jak rażony piorunem i gołym okiem było widać, że wydarzyła się tragedia. Upadku cudem zdołał uniknąć jadący za Wardem Patryk Dudek, który w ostatniej chwili ustrzegł się styczności z rywalem.

Już na torze Ward komunikował brak czucia w nogach. Wszyscy wokół byli przerażeni. W parku maszyn zebrała się grupa osób wspólnie dyskutujących o tym, co się stało. Nie było podziału na drużyny, wszyscy stali razem. Niedługo po przewiezieniu Warda do szpitala, napłynęły fatalne wieści. - Przerwany rdzeń kręgowy - głosili lekarze. Środowisko żużlowe było załamane, bo nagle wszyscy uświadomili sobie, że to koniec kariery wielkiego talentu. Kibice w Zielonej Górze zebrali się pod szpitalem i okrzykami chcieli dodać otuchy kontuzjowanemu zawodnikowi. Liczono, że wydarzy się cud.

Cud jednak nie nastąpił, a od upadku minęło już prawie sześć lat. Ward funkcjonuje w środowisku żużlowym, poszukuje w Australii młodych talentów, tak samo jak kiedyś poszukiwano jego. Ułożyło mu się także w życiu prywatnym. Ma kochającą żonę, a kilkanaście godzin temu został ojcem. Jego historia nadaje się na film. Warto przy okazji dodać, że kilku zawodników po dramacie Darcy'ego przybliżyło się do decyzji o końcu kariery. Jednym z nich jest Robert Kościecha, który wprost powiedział, że nie chciał skończyć na wózku i to dlatego dał sobie spokój.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Darcy Ward | Falubaz Zielona Góra

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje