Reklama

Reklama

Żużlowe upadki. Komentator złapał się za głowę oglądając tę kraksę Sajfutdinowa: Przejechali Emila, Boże

Czasami jeden wyścig może przekreślić całe lata marzeń i starań. Gdy 31 sierpnia 2013 Emil Sajfutdinow złamał rękę podczas ligowego meczu w Toruniu, automatycznie stracił szansę na tytuł mistrza świata, który był na wyciągnięcie ręki. Rosjanin uczestniczył w kraksie z Adrianem Miedzińskim i Kamilem Brzozowskim. Po upadku komentatorzy aż krzyknęli ze strachu.

To był półfinał ekstraligi. Stawka meczu była zatem dla wszystkich jasna i można było spodziewać się ostrej rywalizacji. Tym bardziej że w obu drużynach zawodników jeżdżących bezpardonowo nie brakowało. Jako że sezon powoli zbliżał się do końca, rozstrzygnięcia w najlepszej lidze świata pokrywały się czasowo z decydującymi momentami w cyklu GP, gdzie autostradę po złoto miał Emil Sajfutdinow, wówczas 24-letni zawodnik. Niestety dla niego, musiał gwałtownie wyhamować wskutek kontuzji odniesionej podczas meczu w Toruniu. Patrząc jednak na ten upadek, żużlowiec chyba i tak może mówić o szczęściu.

Reklama

W siódmym wyścigu pod taśmą stanęli: Czaja, Brzozowski, Sajfutdinow i Miedziński. Częstochowanie lepiej wyszli ze startu i prowadzili 5:1, ale po chwili gospodarze minęli juniora bez problemów. - Jakby to stała furmanka z węglem - ocenił bez ogródek Piotr Olkowicz sposób, w jaki Czaja stracił pozycję. Miedziński postanowił od razu zaatakować też pierwszą pozycję. Podjechał ostro pod Sajfutdinowa, nie zostawiając mu miejsca pod bandą. W Rosjanina wjechał także Kamil Brzozowski.

Całe wydarzenie wyglądało fatalnie - Przejechali Emila, Boże - krzyczał komentujący spotkanie Robert Kościecha. - Boję się, że to może być złamana ręka - dodał i miał rację. Jak na dłoni było widać, że ten upadek nie skończy się jedynie na potłuczeniach. Sajfutdinow z wielkim grymasem bólu odjeżdżał do szpitala, a w jego głowie z pewnością odjeżdżała szansa na złoto w GP. O dziwo to właśnie Rosjanin został wykluczony z powtórki biegu, choć oczywiście i tak by w niej nie pojechał z powodu niezdolności do jazdy. Wiele osób zarzucało zbyt ostrą jazdę Miedzińskiemu, dla którego nie była to pierwsza taka sytuacja (i nie ostatnia, jak wiemy).

Sam torunianin tłumaczył się w dość butny i dziwny sposób. - Czułem, że Emil chciał się na mnie założyć, dojechać i upadł. Co ja mogę na to, że za mną zawodnicy się przewrócili? Niestety nie mam lusterek i tam na pewno nie było mojej winy - mówił w wywiadzie dla SportoweFakty.pl. Teoretycznie jego pogląd podzielał także sędzia Wojciech Grodzki, lecz nic by się nie stało, jakby Miedziński został nieco miejsca pod płotem wyraźnie szybszemu rywalowi. Mało tego, mógł przewidzieć, że za Rosjaninem są jeszcze inni zawodnicy i ewentualny upadek rywala może skończyć się większą kraksą.

Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach i Sajfutdinow z Miedzińskim wkrótce jeździli nawet w jednej drużynie, a nawet w jednej parze. Nie zmienia to jednak faktu, że w dużej mierze Miedzińskiemu Rosjanin może zawdzięczać to, że nie jest mistrzem świata. Sporo mówiło się, że od tego momentu Emil stracił rezon i animusz, z którego był znany. Faktycznie, przez jakiś czas jeździł ostrożniej i wydawało się, że nigdy nie wróci już do poziomu światowego. Ostatnie sezony pokazują jednak, że tytuł mistrza świata to dla niego wciąż realna opcja. Tym bardziej że ma 31 lat, co jak na żużlowca jest żadnym wiekiem.

Dla Miedzińskiego z kolei sezon 2013 był istnym rollercoasterem. Kapitalnie jeździł w lidze, miał życiowy sezon. Dostał powołanie do kadry, ale to właśnie podczas występu w narodowych barwach w Pradze miał fatalny upadek, po którym długo dochodził do siebie. Później znowu zrobiło się o nim głośno na skutek upadku z Sajfutdinowem, a koniec końców zwieńczył sezon zwycięstwem w GP w Toruniu. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje