Reklama

Reklama

Żużlowe upadki. Baliński wypuścił motocykl prosto w Ząbika

Przerażająco wyglądała fatalna kraksa z 2006 roku, kiedy to podczas ligowego meczu w Lesznie Damian Baliński stracił kontrolę nad motocyklem i wyrzucił maszynę przed siebie, widząc nadjeżdżającego rywala. Chciał uniknąć zderzenia, ale tylko pogorszył sytuację. Koniec końców okazało się, że to był dopiero początek niezwykle pechowej kariery Karola Ząbika. Po upadku w Lesznie torunianin mógł jednak mówić o wielkim szczęściu, bo ostatecznie skończyło się „tylko” złamaną czaszką.

Tragiczny widok

Samo zajście urasta do rangi jednego z najgorzej wyglądających upadków żużlowych w XXI wieku. Jadący przed Ząbikiem leszczynianin wykręcił przysłowiowego bączka na drugim łuku i wylądował w pozycji odwrotnej do kierunku jazdy. Zauważył pędzącego Ząbika i chciał jakoś zareagować. Spanikował jednak i niemal rzucił w rywala motocyklem. Maszyna uderzyła Ząbika w głowę z ogromną siłą, momentalnie powalając zawodnika na ziemię. Wyglądało to koszmarnie. Od razu było wiadomo, że to wydarzenie będzie brzemienne w skutkach. Wokół Ząbika zgromadziło się mnóstwo ludzi, a publiczność zamarła. Po otrzymaniu takiego ciosu mógł mieć krwiaka mózgu, więc trzeba było działać jak najszybciej.

Reklama

Krwiaka na szczęście nie miał, ale pierwsze diagnozy mówiły o tym, że nabawił się ogromnej ilości urazów w obrębie twarzoczaszki i nie tylko. To częściowo potwierdziły badania, które Karol przeszedł w leszczyńskim szpitalu. Miał złamaną czaszkę, ale jego stan był stabilny. - Nie wiem, dlaczego niektóre media podają, że stan Karola jest fatalny. Wygląda to tak, jakby umierał. Tymczasem syn czuje się coraz lepiej i wkrótce opuści szpital w Lesznie. Nie ma żadnych powodów do niepokoju - mówił jego ojciec, Jan Ząbik na łamach Sport.pl. Jak się później okazało, upadek teoretycznie żadnych poważniejszych konsekwencji nie miał, a w praktyce mocno wpłynął na dalszą karierę żużlowca.

Baliński vs Ząbik po raz drugi

Niesamowite jest to, że trzy lata później ci dwaj żużlowcy znów zaliczyli groźny upadek, tym razem podczas finału IMP w Toruniu. Śmiało można więc stwierdzić, że jedną kraksę mieli na domowym torze Balińskiego, drugą u Ząbika. Zawodnicy sczepili się motocyklami podczas walki na prostej start/meta i uderzyli w bandę z wielką siłą. Po zdarzeniu znacznie gorzej wyglądała sytuacja Ząbika, który stracił przytomność i natychmiast został odwieziony do szpitala. Doszło też do kilku nieprzyjemnych dla oka i ucha scen, kiedy to toruńscy kibice mieli pretensje do Balińskiego o ponowny udział w upadku ich zawodnika.

Ząbika wprowadzono w stan śpiączki farmakologicznej. Tego samego dnia wprowadzony w nią został także słynny kierowca Formuły 1, Felipe Massa, po tym jak podczas GP Węgier otrzymał nokautujący cios ponad kilogramową sprężyną. Ząbik sprężyną nie dostał, ale uderzenie głową w bandę było tak silne, że lekarze podjęli decyzję o przymusowym odpoczynku zawodnika i konieczności kilkudniowej izolacji od świata. Drugi tak poważny upadek na przestrzeni trzech lat kazał mocno się zastanowić, czy Polak wytrzyma to wszystko psychicznie. Dobrze bowiem wiemy, jak groźne są urazy głowy i jeden z nich może być gorszy niż dziesięć złamań.

Kontuzje zabrały marzenia

Po kolejnym tak fatalnym wydarzeniu Karol Ząbik długo dochodził do siebie. Robił przerwy od żużla, potem znowu wracał, znowu robił przerwy. W 2013 roku wydawało się, że jest jeszcze szansa odzyskać go dla dyscypliny. - Zmieniłem podejście do sportu i do życia. Nie stawiam sobie wygórowanych żądań, czy celów. Po prostu chcę być na takim poziomie, który będzie dla mnie zadowalający. Nie zamierzam popadać w skrajne emocje, czyli mega radość, bądź mega smutek. Tak bowiem było kiedyś. Teraz chcę cieszyć się z małych rzeczy i krok po kroku dążyć do lepszej formy sportowej - mówił dla WP po sparingu w Bydgoszczy.

Ostatni raz w lidze pojawił się w 2014 roku. Stopniowo jeździł coraz mniej, szykując się do przedwczesnego końca kariery. Kariery brutalnie zniszczonej przez niebywałą ilość pecha. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że być może miał przed sobą walkę o mistrzostwo świata, bowiem młodzieżowym czempionem już był. Może jednak dobrze się stało, że postanowił nie jeździć już dłużej. Został trenerem juniorów w toruńskim klubie. Choć ma 34 lata i teraz mógłby być u szczytu formy, lepiej było nie kusić losu.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje