Reklama

Reklama

Żużlowe dramaty. Mirosław Borowicz. Tragiczne sceny w parku maszyn

Do strasznych sytuacji dochodzi nie tylko z udziałem żużlowców. W 2004 roku podczas ostrowskiego Łańcucha Herbowego wydarzył się dramat, który na długo pozostał w pamięci kibiców. W parku maszyn stracił przytomność Mirosław Borowicz, działacz miejscowego klubu. Zmarł w szpitalu niedługo później.

52. turniej o Łańcuch Herbowy miasta Ostrowa miał być ukoronowaniem sezonu 2004. W zawodach wzięło udział wielu znanych żużlowców, bowiem akurat ta impreza zawsze cieszyła się wielkim prestiżem. Na starcie pojawili się między innymi: Grzegorz Walasek, Tomasz Jędrzejak, Piotr Protasiewicz, Robert Miśkowiak, Adrian Miedziński czy Sebastian Ułamek. Każdy z wymienionych należał już wówczas do krajowej czołówki, choć Miśkowiak i Miedziński byli jeszcze juniorami, ale bardzo już utytułowanymi. 

Zawody dość nieoczekiwanie wygrał niemniej jednak Krzysztof Słaboń. Żużlowiec Atlasu Wrocław powtórzył tym samym sukces swojego ojca Roberta z 1979 roku. Obok niego na podium stanęli też Protasiewicz z Walaskiem. Nikt po tych zawodach niestety nie mówił jednak o ich wynikach. Pomiędzy 14. a 15. biegiem wydarzyła się wielka tragedia z udziałem zasłużonego miejscowego działacza.

Reklama

Dramat przyćmił zawody

Ostrowski park maszyn jest bardzo mały, więc nawet gdy panuje w nim zgiełk, żadna sytuacja nie umknie uwadze. Ktoś z obsługi zawodów dostrzegł, że na ziemię osuwa się Mirosław Borowicz, wieloletni kierownik KM Intaru Ostrów. Prawdopodobnie doznał zawału serca. Choć wszyscy byli w szoku, każdy starał się pomóc, jak tylko był w stanie. Działacza szybko przetransportowano do szpitala, a zawody dokończono. Wszyscy liczyli na to, że wieści dotyczące Borowicza będą pozytywne.

Niestety, tuż przed dekoracją dotarła na stadion informacja o śmierci działacza. Zastanawiano się, czy w takiej sytuacji w ogóle tę ceremonię przeprowadzać. Ostatecznie wszystko odbyło się w niezwykle smutnej atmosferze, bo też nikomu nie było do śmiechu czy radości. Tak nagła śmierć człowieka podczas imprezy, która miała być rozrywką, to dramat,  o którym w Ostrowie długo pamiętano. Podobnie, jak o samym Borowiczu, który zmarł w wieku zaledwie 54 lat.

Nie pchał się na afisz

- Jestem w szoku. To dla nas ogromny wstrząs. Mirek był naprawdę oddany ostrowskiemu żużlowi - mówił Jan Łyczywek, prezes klubu, cytowany przez sport24.pl. - Teraz pan Mirosław spotka się w niebie z nieżyjącymi już "gladiatorami" czarnego sportu - dodawał Paweł Łęcki, były zawodnik Iskry Ostrów. My z kolei dodajmy, że Łyczywek zmarł kilka lat po Borowiczu. W 2009 roku zginął w wypadku samochodowym. Był to kolejny cios, z którym ostrowskie środowisko musiało się zmierzyć, choć wówczas Łyczywek prezesem już nie był.

Borowicz zaś był osobą stroniącą od poklasku, a za to bardzo w klubie lubianą i szanowaną. To nie był typ człowieka szukającego uwagi. Pomagał, pracował i niespecjalnie chciał się wyróżniać. Być może nie doczekał swoich największych życiowych sukcesów, jakie mógł osiągnąć z ostrowskim klubem. Zmarł w wieku, który dla działacza jest jeszcze względnie młodym. Los nie dał mu szansy zobaczenia na własne oczy tego, jak w niedalekiej przyszłości rozwinął się żużel w Ostrowie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje