Reklama

Reklama

​Żużlowa egzotyka. Rakija, kukurydza i droga dla traktorów. W Chorwacji wielu już nie dotarło na stadion

Nie ma łatwego życia kibic speedwaya z Chorwacji. Nie dość, że fukcjonuje tam tylko jeden poważny ośrodek żużlowy, to jeszcze aby się do niego dostać, trzeba pokonać polną drogę otoczoną kukurydzą. Ma to swój klimat i choć zawody w Gorican do fascynujących nigdy nie należały, to wielu fanów lubi tam jeździć.

Tata rządził, syn jeździł

Reklama

Dla zdecydowanej większości kibiców żużlowych Chorwacja kojarzy się z Gorican oraz Juricą Pavlicem. Obecnie były już żużlowiec to tak naprawdę jedyne znaczące nazwisko, jakie pojawiło się w chorwackim żużlu w XXI wieku. Śmiało można powiedzieć, że 31-letni zawodnik jest niewykorzystanym talentem. Kilka lat temu potrafił bardzo dobrze punktować w ekstralidze, rywalizował jak równy z równym z najlepszymi na świecie. Później jednak zawiesił na jakiś czas karierę. Odkurzył go Start Gniezno, ale po minionych rozgrywkach Pavlic znów zjechał z żużlowej sceny. Tym razem pewnie na dobre.

U siebie w Gorican Jurica miał wszystko. Prywatny tor jego ojca, napisy "Pavlic" są na polewaczce, budynkach, traktorze i każdym innym sprzęcie służącym do obsługi zawodów. Być może to też przeszkodziło Juricy w budowaniu kariery żużlowej. Sam nawet wspominał o czymś w rodzaju braku motywacji. Trudno jednak ją mieć, kiedy ma się wszystko zabezpieczone i w razie żużlowego niepowodzenia, ma się dokąd wracać i godnie żyć. Pavlic deklaruje, że chciałby teraz zająć się szkoleniem swoich następców, problem w tym, że za bardzo ich nie widać.

Z oczywistych względów przy okazji każdej większej imprezy w Gorican, Jurica Pavlic startował z dziką kartą. Choć zainteresowanie żużlem w Chorwacji jest dość znikome, w samym mieście jest spore grono sympatyków tej dyscypliny. Ilekroć Pavlic jechał z dziką kartą, robił sporo zamieszania. Był taki moment, że wyglądał na zawodnika z tej samej półki, co uczestnicy cyklu. W Polsce ścigał się w Unii Leszno i był tam bardzo ważną postacią. Gdzieś się jednak zagubił.

To mógł być wielki talent

W Chorwacji niewielu młodych chłopaków garnie się do uprawiania żużla. Głównie ma to związek z małym zainteresowaniem tą dyscypliną. Chorwacji są mocni w bardzo wielu dyscyplinach, może poza zimowymi (choć i tam mieli sukcesy). Mają bardzo mocną kadrę w piłkę nożną, ręczną, a także w koszykówkę. Pojedynczych wielkich reprezentantów mają także w wielu innych sportach, tak więc mało jest miejsca dla speedwaya u przeciętnego chorwackiego kibica. To nie zachęca potencjalnych adeptów to spróbowania sił w tym sporcie.

10 lat temu pojawił się jednak ktoś, kto zrobił spore nadzieje. Dino Kovacic już jako 15-latek zwrócił na siebie uwagę. W trakcie wieku młodzieżowca miewał fenomenalne występy na arenie międzynarodowej, zakwalifikował się także do finałów indywidualnych mistrzostw świata juniorów.Potrafił w jednych zawodach zdobyć aż 21 punktów. Zainteresowały się nim polskie kluby. W 2011 roku jeździł w Starcie Gniezno, rok później w KSM-ie Krosno. Szału jednak nie zrobił i zbyt wielu szans nie dostał.

Później przytrafiła mu się nieprzyjemna kontuzja nadgarstka, której nabawił się podczas zawodów w Czechach. Problemy z wyleczeniem urazu, a także brak postępów sportowych skłoniły go do bardzo szybkiego zakończenia kariery. Zdecydował się na to w 2013, mając zaledwie 19 lat. Jego największym sukcesem poza wspomnianym awansem w szeregi najlepszych juniorów świata, pozostał brązowy medal mistrzostw Europy par, zdobyty wraz z Juricą Pavlicem. Po decyzji Kovacica był jednak wielki żal, bowiem talent do speedwaya ten chłopak miał ogromny.

Nie ma walki, ale jest klimat

Polacy uwielbiają Chorwację i co roku tysiące naszych rodaków decydują się spędzać tam urlop. Nie inaczej jest z fanami żużla, którzy lubią pojechać do Gorican, mimo że zawody na zazwyczaj bardzo twardym i suchym torze, do najciekawszych nie należą. Nadal jednak można poczuć tam to, co w Polsce poczujemy już tylko na niektórych drugoligowych obiektach. Niepowtarzalny żużlowy, swojski klimat.

Żeby dojechać na stadion, trzeba skręcić w polną drogę biegnącą centralnie przez środek wielkiego pola kukurydzy. Jedzie się niczym na rajdzie Dakar, podskakując na nierównościach utworzonych przez regularnie przejeżdżając tamtędy pojady rolnicze. Nagle wyłania się piękny obiekt. Wokół stadionu jest mnóstwo stoisk z miejscowymi specjałami. Można zjeść cevapcici (bułka z mięsem) czy wypić Rakiję (bardzo mocny miejscowy trunek). Niejeden kibic po tejże nalewce nie dotarł ostatecznie na zawody, więc trzeba uważać. 

Choć perspektyw dla Chorwacji na to, by mieć silną żużlową reprezentację nie ma i pewnie jeszcze długo nie będzie, Gorican powoduje, że bałkański kraj jest nieodłączną częścią speedwayowej rodziny. Szkoda, że po zakończeniu kariery przez Juricę Pavlica tak na dobrą sprawę miejscowi do ewentualnego GP na własnym torze nie mają kogo wystawić z dziką kartą. Tak czy inaczej, zawody na wybitnie nielubianym przez Tomasza Golloba torze zawsze będą pewną ciekawostką i odskocznią od wielkich, skomercjalizowanych obiektów, do których powoli już się przyzwyczajamy. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!



Dowiedz się więcej na temat: Jurica Pavlic | Chorwacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje