Reklama

Reklama

​Żużlowa egzotyka. Pożegnanie Afryki z czarnym sportem. A jeszcze 4 lata temu RPA miało żużlowca

Zawodnik pochodzący z RPA na chwilę obecną wydaje się czymś całkowicie abstrakcyjnym dla większości kibiców speedwaya. Jeszcze jakiś czas temu jednak było kilku przedstawicieli tego sportu w afrykańskim kraju i organizowano nawet zawody. Niestety, dwa lat temu zamknięto tam ostatni czynny tor w Walkerville. Brakuje ludzi, którym chciałoby się zawalczyć o powrót żużla do RPA. Z oczywistych względów nie ma też sponsorów i zwyczajnie chętnych do uprawiania tego sportu.


Reklama

Jeździli w Polsce, Polacy jeździli u nich

Prawdopodobnie żużlowiec z RPA wzbudziłby teraz w naszym kraju wielką sensację, ale kiedyś to wcale nie było takie nierealne. W 1997 Karl Lechky wystartował w kilku meczach ŻKS-u Krosno i zyskał sobie sympatię wielu osób. Ten zawodnik próbował także swoich sił w eliminacjach do cyklu Grand Prix 1998, ale bez powodzenia. Zajął szesnaste miejsce w finale zamorskim. Jeździł także w mistrzostwach różnych krajów jako gość. Był finalistą indywidualnego czempionatu na Węgrzech (1997) i w Słowenii (1999). W żadnym z tych turniejów większej roli nie odegrał, ale jego upór jest warty docenienia.

W 1994 roku odbyło się kilka meczów polskich klubów z drużyną z Johannesburga. Miały one miejsce w Pile, Świętochłowicach, Rybniku, Częstochowie, Ostrowie oraz Lublinie. Dwa lata później Lechky oraz Bevon Campton pokazali się na juniorskim turnieju par rozegranym na torze w Gnieźnie. Wywalczyli tam 18 punktów. Choć wcale aż tak nie odstawali od rywali, wydawało się, że brak zainteresowania tymi zawodnikami brał się z pewnego rodzaju strachu i niepewności. Obawiano się, że nie jest możliwe, by zawodnik z tak egzotycznego kraju realnie wsparł polski zespół.

W latach dziewięćdziesiątych kilku polskich reprezentantów jeździło do Afryki, by tam rozgrywać test-mecze. W dziewięciu rozegranych turniejach za każdym razem zwyciężali nasi zawodnicy. Wśród nich byli: Sławomir Drabik, Adam Skórnicki, Damian Baliński, Sebastian Ułamek czy Mariusz Węgrzyk. Wszyscy bardzo dobrze wypowiadali się na temat tej przygody i było to dla nich bardzo ciekawe doświadczenie. Tym bardziej, że jeżdżono aż na siedmiu obiektach, co na chwilę obecną wydaje się nie do pomyślenia. W zasadzie wtedy w RPA istniał normalny, nieźle prosperujący żużel. W błyskawicznym tempie jednak ta dyscyplina przestała być tam uprawiana.

Uczyli się żużla w Anglii

Kilku żużlowców z RPA startowało w rozgrywkach ligi angielskiej, ale były to czasy raczej zamierzchłe. Deon Prisloo jeździł w barwach Wimbledon Dons, Exeter Faicons, Long Eaton Invaders oraz Peterborough Panters. Był wielokrotnym mistrzem swojego kraju i reprezentantem RPA na arenie międzynarodowej. Jeździł także we wspomnianych meczach z Polakami na torach w Brakpan, Nelspruit, Bloemfontein, Newcastle, Pietermaritzburg, Klersksdorp i Kimberley. W 2011 zginął w wypadku samochodowym w wieku 37 lat.

W Anglii pokazał się również Byron Bekker. To żużlowiec, który także zwiedził całkiem pokaźną ilość tamtejszych ośrodków: Newcastle (2005), Rye House (2007), Red Car (2007, 2010, 2012), Sheffield (2007, 2011), Berwick (2007, 2011), Scunthorpe (2008, 2009), Edynburg (2009, 2012), Workington (2011), Plymouth (2012) oraz Ipswich (2012). Suma imponująca, ale w żadnym z tych klubów Bekker nie był pierwszoplanową gwiazdą, a raczej ciekawostką i urozmaiceniem. Był jednak na tyle zawzięty, że ostatecznie reprezentował aż dziesięć klubów, w tym cztery w samym sezonie 2007.

Dawno temu, w latach pięćdziesiątych, w Leicester oraz Edynburgu jeździł Roy Bester. Nie prezentował jednak wybitnego poziomu. Tak jak zresztą pozostali żużlowcy z tego kraju. Nie ma co się oszukiwać - RPA potęgą speedwaya nigdy nie było i wielce prawdopodobne, że nigdy nie będzie. Można śmiało stwierdzić, że ich starty w Anglii były możliwe dzięki dużej otwartości tamtejszych działaczy na zawodników słabszych, nieradzących sobie w innych ligach. Dla przykładu możemy wskazać, że wielu polskich naprawdę marnych żużlowców startowało na wyspach.

Jeden chciał, ale nie miał jak

Parę lat temu pojawił się Neil Pettit, który rozbudził nadzieję na to, że w końcu ujrzymy jakiegoś Afrykanina jeżdżącego regularnie na żużlu i prezentującego niezły poziom. Sam zawodnik zapowiadał, że chce wziąć na swoje barki popularyzację tego sportu w swoim kraju. Narzekał jednak na brak wsparcia. - Nie mamy żadnych sponsorów i nikt nam tu nie pomaga. To bardziej jest dla nas jak hobby, nie jak profesjonalne ściganie. Nie mamy żadnego sprzętu klubowego. Wszystkie motocykle i części zamienne są prywatne. Żeby móc żyć z uprawiania żużla, zawodnik z Republiki Południowej Afryki musi udać się do Europy - mówił w rozmowie z WP SportoweFakty.

Obecnie jednak 28-letni żużlowiec gdzieś zaginął. Jeszcze w 2017 roku wygrywał ostatnie przeprowadzane w RPA zawody, których już się nie organizuje. Być może Pettit postanowił, że walka z wiatrakami nie ma sensu. Szkoda tylko tego, że wraz z jego rezygnacją tak naprawdę zakończył się żużel w kraju, w którym kiedyś był on całkiem popularny i było wiele ośrodków mających swoje kluby. Wydaje się, że nie poradzono sobie tam z narastającym profesjonalizmem i wymaganiami dotyczącymi np. torów. Mariusz Węgrzyk mówił kiedyś, że choć wyjazd do Afryki wspominał bardzo dobrze, to jednak infrastruktura pozostawiała wiele do życzenia.

Tym samym można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że żużel w Afryce już niemalże całkowicie się skończył, przynajmniej na ten moment. Jakiś czas temu były pogłoski, że próbowano wskrzesić tę dyscyplinę także w Zimbabwe, ale nic z tego nie wyszło. Bez odpowiedniego zaplecza i chęci przynajmniej kilkunastu osób, nie da się tego zrobić. RPA mogłoby wziąć przykład choćby z Estonii, gdzie nigdy praktycznie nie było żużlowych tradycji, a dzięki grupie zapaleńców ten sport uprawia w nadbałtyckim kraju coraz większa ilość zawodników.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje