Reklama

Reklama

Żużlowa egzotyka. Kiedyś Bułgar wygrywał z Jankowskim, teraz pokonuje ekstraligowców, a w Polsce nikt go nie chce

Bułgaria nigdy nie miała wielkich żużlowych tradycji. Kibice nad Wisłą mieli jednak okazję oglądać reprezentantów tego kraju na naszych torach, a jeden z nich nawet przyjął polskie obywatelstwo. Inny z kolei często jeździ w zawodach w naszym kraju. Choć Milan Manew potrafi wygrać z Kacprem Pludrą czy Patrykiem Wojdyłą, żaden polski klub nie dał mu poważnej szansy.

Co to jest ten żużel?

Reklama

Gdyby spytać przeciętnego bułgarskiego fana sportu o żużel, przeważnie taką właśnie odpowiedź zapewne by się otrzymało. W kraju króluje piłka nożna (choć kadrę mają przeciętną) oraz siatkówka (tu akurat zespół Bułgarii od lat jest mocny). Wielu mocnych zawodników z Bułgarii startuje także w podnoszeniu ciężarów, są też pojedynczy reprezentanci w wielu innych dyscyplinach. Co ważne, Bułgarzy próbują się pokazać w praktycznie każdym możliwym sporcie, choć czasem ich występy traktowane są z dużym przymrużeniem oka.

Z takim właśnie przymrużeniem oka traktowano także bułgarskiego skoczka narciarskiego Wladimira Zografskiego. Gdy wchodził w świat skoków, nikt się z nim nie liczył. Zaszokował środowisko zdobywając złoto mistrzostw świata juniorów i wtedy naprawdę uwierzono, że to nie będzie taki Bułgar, jakiego się spodziewano. Od tego sukcesu jednak minęło już wiele lat i Zografski niespecjalnie, poza pojedynczymi lepszymi konkursami, potwierdził swój wielki potencjał. Niemniej w skokach jest swego rodzaju atrakcją dla kibiców i dowodem na to, że każdy może osiągać sukcesy. Dodatkowo jego żona jest Polką.

W żużlu coś takiego jest raczej mało realne, a wręcz graniczące z cudem. Utalentowany skoczek narciarski jest w stanie się wybić nawet w tak mało związanym z tą dyscypliną w kraju. Jakikolwiek bułgarski żużlowiec miałby jednak niesłychanie trudną drogę do światowej czołówki, bowiem w swoim kraju zapewne nie znalazłby żadnego sponsora. Trudno się zresztą temu dziwić. Mówimy o kraju, który żużlowych tradycji nie miał i nie zapowiada się, by to się kiedykolwiek zmieniło. Choć byli zawodnicy z tego kraju, których mieliśmy możliwość obserwować nawet w Polsce.



Polski Dżordż

Najbardziej znanym nazwiskiem, jakie przychodzi do głowy na myśl o bułgarskich żużlowcach jest z pewnością Georgi Petranow. Pojawił się nad Wisłą dopiero jako 31-latek, w 1990 roku, ale od razu zaskarbił sobie sympatię rzeszowskich kibiców, bo to właśnie w Stali jeździł przez pierwszych 5 lat kariery w Polsce. Później reprezentował także kluby z Gdańska, Tarnowa, Świętochłowic, a przygodę z polską ligą zakończył w 2003 roku w Wandzie Kraków. Był niezwykle walecznym zawodnikiem, który potrafił na dystansie przechodzić z czwartej pozycji na pierwszą nawet kilka razy w meczu. Od 1992 posiadał także polskie obywatelstwo. W większości klubów miał pseudonim "Dżordż".

Nasz paszport z kolei umożliwiał mu starty w rodzimych rozgrywkach indywidualnych na zasadzie zawodnika polskiego. Udało mu się nawet awansować do finału IMP w Bydgoszczy w roku 1993. Zajął tam ósme miejsce i pokazał się z całkiem niezłej strony. W tym samym sezonie dostał się również do finału Złotego Kasku, ale nie odegrał tam większej roli. Wśród jego sukcesów widnieje też udział w finale indywidualnych mistrzostw świata juniorów, który udało mu się osiągnąć trzy lata wcześniej. Nie był typem gwiazdy, ale bardzo solidnego, wartościowego żużlowca.

Kontraktami z polskimi klubami wiązał się także Milan Manew. W 2010 roku podpisał umowę w Wybrzeżu Gdańsk, a dwa lata później w KSM-ie Krosno. W żadnym z tych klubów jednak nie dostał szansy debiutu w lidze. Raczej trudno się temu dziwić, bowiem poziom sportowy reprezentowany przez Manewa kazał mieć wątpliwości, czy poradziłby sobie nawet na najniższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę bardzo słabe zaplecze sprzętowe, jakim Bułgar dysponował.

Pokonywali Polaków i nadal to robią

Tak na dobrą sprawę, Bułgarzy od lat już w sporcie żużlowym się nie liczą. Jeśli upatrywać gdzieś nadziei dla nich na poprawę jakości żużla, to jedynie w dawnych zawodnikach, którzy pokazywali się na arenie międzynarodowej. Oprócz wspomnianej dwójki, także Nikołaj Manew miał drobne sukcesy. Dwa razy w swojej karierze awansował do finałów indywidualnych mistrzostw świata juniorów, lecz było to w latach 1977-1978. Warto jednak zauważyć, że w końcowej klasyfikacji drugiego z tych turniejów wyprzedził na przykład Romana Jankowskiego, który później zrobił wielką karierę, a dziś jest znakomitym trenerem.

Kiedyś rozgrywano w Bułgarii mistrzostwa tego kraju, nawet dla kobiet. Organizowano tam również różnego rodzaju eliminacje imprez rangi światowej, takich jak mistrzostwa świata czy Europy. Zawody odbywały się na nieistniejących już torach w Sofii, Płowdiw, Plewen czy Targowiszczach. Bułgarzy często startowali również na położonym nieopodal torze w rumuńskiej Braili. Tam do dziś odbywają się zawody, nawet międzynarodowe. Sam stadion jest bardzo malowniczo położony.

Milan Manew jeździ do teraz i pokazuje się w takich zawodach, na jakie uda mu się dostać. W minionym sezonie pojechał na przykład podczas rundy pucharu MACEC, gdzie zajął dobre, trzecie miejsce. Co prawda w tego typu imprezach jeżdżą głównie zawodnicy bardzo młodzi i w dodatku z niezbyt "żużlowych" krajów, lecz Bułgar pokonał kilka znanych nazwisk, takich jak Patryk Wojdyło, Marko Lewiszyn czy Kacper Pludra. Biorąc pod uwagę totalny brak zaplecza Manewa, to w konfrontacji z ekstraligowymi przecież zawodnikami wypadł on znakomicie. Nawet mimo faktu, że dla praktycznie każdego rywala z tamtych zawodów mógłby być ojcem. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Dowiedz się więcej na temat: żużel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama