Reklama

Reklama

Żużlowa egzotyka. Ich najlepszy zawodnik mógłby być dziadkiem Bartosza Zmarzlika

Speedway to dyscyplina, która jest bardzo popularna w kilku krajach. W wielu zakątkach świata nie mają pojęcia, na czym ten sport polega. Są jednak także miejsca, w których są pojedynczy żużlowcy, a jednak ich historia jest na tyle ciekawa, że warto zwrócić na nie uwagę. W Rumunii startuje 63-latek. Niedawno został nawet mistrzem kraju.

Pojawił się chętny

Reklama

Rumunia nie jest zasłużonym dla żużla krajem. Dyscyplina nie może się tam przebić, głównie dlatego, że trudno znaleźć zainteresowanych jej promowaniem. W Polsce, Szwecji czy Danii mimo wielu innych, konkurencyjnych sportów, zawsze znajdą się chętni do finansowania żużla. Nieliczni rumuńscy zawodnicy wprost mówią, że nie da się jeździć bez żadnego wsparcia ze strony miejscowych darczyńców. Mimo wszystko raz na jakiś czas pojawiają się tam żużlowcy, którzy dają jakieś nadzieje na lepsze wyniki.

W 2017 roku kontrakt w Stali Rzeszów podpisał Andrei Popa. Nie było mu jednak dane pokazać swoich umiejętności, choć deklarował duże ambicje i chęci. - Speedway to rzecz, która mnie określa. Kocham ten sport i wiele czasu mu poświęcam. Pozbierałem się po wszystkich upadkach. Pilnuję wagi, dbam o zdrowie. Robię to, by spełnić życiowe marzenie. Chcę być mistrzem świata - odważnie zapowiadał na łamach WP SportoweFakty.pl.

Ostatecznie Popa nigdzie się nie przebił, ale w pojedynczych zawodach potrafił zaprezentować się z niezłej strony, mimo egzotycznego, w sensie żużlowym pochodzenia. Nie był w stanie nadgonić jednak rażących dysproporcji sprzętowych, jakie miał w porównaniu do kolegów z innych krajów. Odstawał nawet od żużlowców ukraińskich czy fińskich, gdy już przychodziło do poważniejszej rywalizacji. Wydaje się jednak, że nie było mu dane pokazać się w pełni.

Ewenement na skalę światową

Niezwykle rzadko w zawodowym sporcie zdarzają się przypadki aktywnych reprezentantów powyżej 50 roku życia. W zasadzie w sporcie wymagającym krzepy fizycznej jest to nierealne. Oczywiście w curlingu, golfie, tenisie stołowym, snookerze czy szachach, jest to norma. Tam wiek i kondycja fizyczna nie gra aż takiej roli. Krzepki i aktywny zawodnik może grać choćby do 70 roku życia i nikogo to nie będzie dziwić.

Są pojedynczy zawodnicy, którzy swoim wiekiem robią furorę w danej dyscyplinie. Japoński skoczek Noriaki Kasai zbliża się do 49 roku życia, a nadal skacze. Co prawda nieuchronnie zbliża się do końca kariery, by wypadł już nawet z kadry A i ma problemy z przejściem kwalifikacji, ale nadal jest zawodowym skoczkiem. W żużlu były przypadki zawodników jeżdżących powyżej 50 roku życia, jak Paweł Waloszek czy Michaił Starostin. W klasycznej odmianie nie było jednak nigdy 63-latka.

Tyle właśnie wiosen liczy sobie Marian Gheorghe. Co prawda ten zawodnik jeździ już tylko w krajowych zawodach (i to bardzo rzadko), to jednak wypada zwrócić na niego uwagę. Absolutnie nie odstaje kondycyjnie od znacznie młodszych rywali, potrafi pokonać np. swojego syna, Adriana. Gheorghe bez problemu mógłby być dziadkiem Bartosza Zmarzlika i w zasadzie nawet pradziadkiem np. dla Wiktora Przyjemskiego. Niebywałe, ale godne pochwalenia.

Mają piękny tor

Dużym problemem dla Rumunów jest także brak miejsc do uprawiania żużla. Działa u nich tylko jeden tor, w Braili. Regularnie odbywają się tam zawody, także międzynarodowe, najczęściej niskiej rangi. Sam stadion jest jednak pięknie położony i można by stworzyć tam niesamowity żużlowy spektakl. Niestety, w mieście brak chętnych, by coś takiego zorganizować. Nikt nie chce zajmować się dyscypliną, którą w całym kraju półamatorsko uprawia kilku zapaleńców bez większych perspektyw.

Sam Popa też bardzo na to narzekał. - Poziom żużla w moim kraju jest bardzo niski. Jest mało zawodów, obecnie funkcjonuje tylko jeden tor w Braili. Nie ma treningów, sponsorów, nikogo, kto mógłby pomóc rumuńskim zawodnikom - mówił. W roku 2019 były nawet problemy ze skompletowaniem obsady na mistrzostwa kraju, bo po prostu nie było chętnych. Ostatecznie zawody przeprowadzono w kadłubowej obsadzie.

Sytuacja Rumunii pod względem promocji speedwaya jest nie do pozazdroszczenia. Wydaje się, że jedyną realną szansą byłby dla nich zawodnik o dużym talencie, dostrzeżony przez "żużlowe kraje". Ktoś w rodzaju Martina Vaculika na Słowacji czy Juricy Pavlica w Chorwacji. Kto wie, jak wyglądałby żużel w tych krajach, gdyby nie wymieniona dwójka. Sukces napędza zainteresowanie, a niestety w Rumunii nie ma ani jednego, ani drugiego. 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje