Reklama

Reklama

Żużel. Ziółkowski wspomina Trumińskiego: To był talent, ale w klubie nie było kasy

- Właśnie się dowiedziałem, że Sebastian nie żyje. Jestem w szoku. Strasznie mi szkoda rodziców, bo mieli trzech synów, a został im jeden. Brat Sebastiana też zmarł kilka lat temu. Upadł nieszczęśliwie, zrobił się krwiak – mówi Jacek Ziółkowski, wieloletni kierownik drużyny Motoru Lublin.

Sebastian Trumiński nie żyje. Wychowanek Motoru Lublin miał 41 lat. Mieszkał w Szwecji, gdzie prowadził firmę Speedway Cent, która produkowała sprzęt dla żużlowców.

Ziółkowski nie pamięta drugiego tak zdolnego, jak Trumiński

- Właśnie się dowiedziałem, że Sebastian nie żyje. Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy. On mieszkał w Szwecji, ale odwiedzał stare kąty, przyjeżdżał na mecze Motoru - mówi nam Jacek Ziółkowski, kierownik drużyny Motoru.

- To był bardzo zdolny chłopak. Nie pamiętam drugiego, który tak szybko, jak Sebastian załapał jazdę ślizgiem. Bardzo szybko zdał też egzamin na licencję. Jak zaczął jeździć, to robił naprawdę niezłe wyniki. Kariery jednak nie zrobił, bo miał pecha, że jeździł w biednym wówczas Motorze - twierdzi Ziółkowski.

Reklama

Miał pecha, że wychował się w biednym klubie

- Nie miał na dobry sprzęt, nie mógł kupować ani serwisować silników u najlepszych tunerów. Pamiętam, jak inny nasz wychowanek Robert Dados został mistrzem świata juniorów, to zostaliśmy jako klub skrytykowani, że puściliśmy takiego zawodnika. Powiedziałem wtedy, że gdyby Dados nie odszedł, to nigdy by tego złota nie zdobył. Takie czasy były. To nie był ten Motor, który mamy obecnie - zauważa Ziółkiwski.

- Strasznie mi szkoda rodziców Sebastiana, bo mieli trzech synów, a został im jeden. Jego brat też zmarł kilka lat temu. Upadł nieszczęśliwie, zrobił się krwiak i lekarze nie zdołali go uratować - wspomina Ziółkowski.

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Sebastian Trumiński | Motor Lublin | Jacek Ziółkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje