Reklama

Reklama

Żużel. Wysyłano go do psychiatry, ale mając siedmiu Miedzińskich Apator nigdy by nie spadł. Był ambitny, jechał ze złamaną kością

Kiedy zaczynało się wydawać, że Adrian Miedziński będzie już powoli wychodził z zakrętu, na jakim znalazła się jego kariera, okazało się, iż jego problemy wciąż trwają - nie wie nawet, gdzie wystartuje wiosną. Dziś Apator nie jest zbyt zainteresowany jego usługami, choć kiedyś jechał dla drużyny nawet ze złamaną kością.

Skazany na Apator 

Reklama

Adrian Miedziński to zawodnik budzący skrajnie uczucia. Nie można przejść obok niego obojętnie - albo się go kocha, albo nienawidzi. Zdecydowaną większość swych miłośników żużlowiec ma w Toruniu, swoim macierzystym mieście. Lata 2002-2017 to w Grodzie Kopernika okres żużlowych rewolucji - zmieniali się właściciele klubu, jego nazwa, trenerzy, a nawet stadion. Jedynym constansem był właśnie Miedziński. 

Można zaryzykować stwierdzenie, że był praktycznie skazany na Apator. Podstaw żużlowego rzemiosła nauczał go Stanisław Miedziński - jego ojciec i legenda toruńskiego speedwaya. Senior rodu był podporą tamtejszej drużyny w latach osiemdziesiątych i miał spory wkład w pierwsze w historii Aniołów Drużynowe Mistrzostwo Polski zdobyte w sezonie 1986. 

Pierwszy ekstraligowy punkt - jako niespełna siedemnastolatek - zdobył w derbowym pojedynku z Polonią Bydgoszcz. Później miłość kibiców do niego tylko rosła, szczególnie gdy wraz z Karolem Ząbikiem tworzyli jedną z najlepszych par młodzieżowych w kraju. Po 21. Urodzinach Miedziński zdecydował się zostać w Apatorze. 

Jechał ze złamaną kością

Nie przeszkadzał mu złamany obojczyk Miedziński nigdy nie był zawodnikiem wybitnym, mającym zadatki na lidera zespołu. Tylko raz - w sezonie 2013 - udało mu się wykręcić średnią powyżej dwóch punktów na bieg. Przeciętną skuteczność przyćmiewał jednak oddaniem dla barw klubowych - 15 lat z rzędu w jednej drużynie, to jak na standardy XXI-wiecznego żużla prawdziwy ewenement - oraz sercem zostawianym na torze. 

W sezonie 2011 złamał obojczyk w meczu półfinałowym w Lesznie. Zdecydował się jednak wystąpić w rewanżu i tydzień później - mimo bolesnej kontuzji - wystąpił w rewanżu. Jego zdobycz punktowa była sensacją - 10 punktów i bonus! - Gdyby wszyscy w Toruniu mieli tyle ambicji co Miedziński, to ten zespół nigdy nie spadłby z Ekstraligi - powie po latach Sławomir Kryjom. 

Wysyłano go do psychiatry 

W swojej niesamowitej ambicji Miedzińskiemu często zdarzało się przeszarżować. Złośliwi żartują niekiedy, że ten żużlowiec nie uzna zawodów za zaliczone bez choćby jednego przywitania się z bandą lub nawierzchnią. Niekiedy do groźnych wypadków z jego udziałem dochodziło w sytuacjach zupełnie abstrakcyjnych. Do wspomnianego złamania ręki w Lesznie doszło na przykład już za linią mety. Tor na Smoczyku był wówczas tak przyczepny, że w celu wyhamowania motocykla trzeba było dodawać gazu. Tylne koło uciekało wówczas nieco w bok, a żużlowiec zwalniał podobnie jak narciarz u podnóża stoku. Miedziński był tak zaaferowany zakończoną właśnie walką o punkty, że przeholował... w zwalnianiu. 

Najgroźniejszej kontuzji doznał zaś podczas meczu towarzyskiego! Jako zawodnik reprezentacji Polski tak zaangażował się w pościg za Czechem Matejem Kusem, że żaden z nich tego biegu nie ukończył. Karambol na praskiej Markecie wyglądał tak okropnie, że momentalnie zdecydowano o zakończeniu zawodów. Sam torunianin na ponad pół godziny stracił przytomność. 

Sajfutdinow, Brzozowski, Woffinden, Buczkowski, Ząbik, Klecha, Suchecki, Pieszczek, Doyle, Tomasz i Jacek Gollobowie, Gapiński, Jonasson, Thorsell - zawodników, którzy mieli bliskie spotkania z Miedzińskim, można by wymieniać w nieskończoność. Nie wszystkie sytuacje torowe z jego udziałem można usprawiedliwiać wielkim sercem. W 2017 szef żużla na Interii Dariusz Ostafiński rozpętał burzę, sugerując żużlowcowi udanie się na badania psychiatryczne dla dobra swojego i rywali. Żużlowiec o wizycie u specjalisty nie chciał słyszeć, rozważał za to przespacerowanie się do sądu. Ostatecznie odpuścił jedno i drugie.

Rozwód po latach 

15 lat stałego związku. W małżeństwie oznacza to kryształowe gody, a w żużlu czas na zmiany. Pomysłodawcą rozwodu Miedzińskiego z Toruniem mieli być państwo Termińscy, którzy nie byli zadowoleni z wyników zawodnika (średnio 1,549 punktu na bieg) i wpajali mu, że to dobry moment na spróbowanie chleba z innego pieca. Nie było oczywiście tak, że właściciele klubu kierowali się wyłącznie troską o przyszłość swojego zawodnika. Menedżer Jacek Frątczak miał na jego miejsce upatrzonego młodszego i bardziej perspektywicznego Szymona Woźniaka - świeżo upieczonego indywidualnego mistrza kraju, który planował przenosiny z Betard Sparty Wrocław. Plany ściągnięcia wychowanka Polonii do Torunia spaliły jednak na panewce. Tucholanin przeniósł się do Stali Gorzów, a na MotoArenę zawitał zbliżający się powoli do sportowej emerytury Rune Holta. 

Miedziński trafił tymczasem do Częstochowy. Liczył na rozwinięcie skrzydeł pod okiem Marka Cieślaka, a częstochowscy kibice zdążyli mu już wybaczyć wpakowanie w bandę Emila Sajfutdinowa podczas półfinałów w sezonie 2013. Ten ruch nie dał jednak zbyt wiele żadnej ze stron. Miedziński poprawił swoją średnią o niecałą 0,1 punktu, a Get Well Toruń kolejny sezon z rzędu nie trafił do play-offów. Po sezonie 2018 zdecydowano o pożegnaniu się z kolejnym wychowankiem. Do Miedzińskiego pod Jasną Górą dołączył Paweł Przedpełski. 

Sezon 2019 był dla Miedzińskiego tragedią na całej linii. Ostatni raz tak słabo punktował w Ekstralidze jeszcze jako młodzieżowiec. Wcale nie lepiej wyglądała sytuacja jego macierzystego klubu - torunianie pierwszy raz w historii zaznali goryczy spadku do niższej klasy rozgrywkowej. Trzeba było puścić w niepamięć medialną wymianę zaczepek pomiędzy żużlowcem a Przemysławem Termińskim. Dla wszystkich stało się jasne, że wychowanek musi wrócić do Grodu Kopernika. 

Inna liga, te same problemy 

Toruński klub wrócił nie tylko do współpracy z wychowankiem, ale także do historycznej nazwy - wystartował w lidze jako eWinner Apator Toruń. Zgodnie z przewidywaniami zwyciężył ją w cuglach, jednak dyspozycja Miedzińskiego daleko była od wybitnej. Wbrew oczekiwaniom kibiców, nie udało mu się zdobywać średnio 2 punktów na bieg. 

Znów problemem stała się gorąca głowa coraz to starszego zawodnika. Gdyby 35-latkowi udało się trzymać nerwy na wodzy, to jego zdobycz punktowa mogłaby prezentować się o wiele okazalej. Pod koniec sezonu wydawało się, że nie ma szans na jego pozostanie w Apatorze po awansie do PGE Ekstraligi. 

- Odechciało mi się już tego sezonu i zasadniczo 1. Ligi. Nie podoba mi się jazda niektórych zawodników, bo wielu nie szanuje siebie i innych. Tak nie powinien żużel wyglądać. Cieszę się, że kończymy sezon, bo muszę też popracować nad sobą, nad moim podejściem, bo myślałem, że już w Częstochowie mentalnie poprawiłem wiele, ale w Toruniu na pewno to nie wyglądało dobrze - mówił po ostatnim ligowym spotkaniu w wypowiedzi dla portalu sportowegniezno.pl 

Przyszłość pod znakiem niewiadomych 

Jesienią bieżącego roku los uśmiechnął się do Miedzińskiego. Najpierw wprowadzono przepis uniemożliwiający Wiktorowi Kułakowowi starty z polską licencją, co bezpośrednio wyeliminowało głównego kandydata do pozycji polskiego seniora w Apatorze. Następnie torunianom odmawiali kolejno coraz to słabsi krajowi zawodnicy - od Kołodzieja, po Buczkowskiego. 

Ostatecznie podpisano z nim kontrakt, jednak z nieoficjalnych informacji wynika, iż nie jest faworytem do ekstraligowego składu Apatora. Dwa miejsca dla Polaków zająć mają Tobiasz Musielak i wracający z Włókniarza Przedpełski. Wiele wskazuje na to, że starszy z wychowanków Apatora jeszcze przed pierwszą kolejką uda się na wypożyczenie. 

Prezesi pierwszoligowych klubów rozważali Miedzińskiego w swoich wariantach już w listopadzie. Żaden nie zdecydował się jednak, by przedstawić mu konkretną ofertę. Wpływ na to miały między innymi wspomniane słowa zawodnika na temat zaplecza PGE Ekstraligi. Obawiano się, iż może nie podchodzić zbyt profesjonalnie do swoich obowiązków.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama