Reklama

Reklama

Żużel. Właściciel Orła: Zawodnicy sami sobie winni. Wiedzą, kto nie spełnia obietnic, ale i tak tam idą (wywiad)

Stal na początku listopada podpisała milionowe umowy, a honorowy prezes klubu już mówi o ich renegocjacji. Witold Skrzydlewski, właściciel Orła Łódź, to przewidział. Już jakiś czas temu powiedział, że zawodnicy zostaną na kontraktach oszukani. – Pretensje mogą mieć jednak do siebie. Od dawna wiadomo, gdzie tylko dużo obiecują. Nikt nie każe zawodnikom wiązać się z tymi klubami – mówi Skrzydlewski.

Dariusz Ostafiński, Interia: Prezes Stali Gorzów podpisał z zawodnikami milionowe umowy, a teraz honorowy prezes tego samego klubu mówi, że być może trzeba będzie je renegocjować. To nie jest w porządku. Pan jednak już jakiś czas temu powiedział, że żużlowcy nie zobaczą pieniędzy, na które umówili się z klubami w listopadowym oknie transferowym.

Witold Skrzydlewski, właściciel Orła Łódź: Wystarczy spojrzeć w formularz kontraktu, gdzie są dwie stawki maksymalne za punkt. Jedna normalna i druga, która ma obowiązywać w przypadku pandemii, czyli wtedy, kiedy nie będzie można zapełnić trybun co najmniej w 50 procentach. Ta druga stawka jest oczywiście mniejsza, bo zakłada uciążliwości związane z koronawirusem. A one za rok nadal będą, więc jasne jest, że tych górnych stawek nie będzie.

Reklama

Wielu zawodników próbowało się jednak zabezpieczyć. Niektórzy z nich podpisywali dodatkowe umowy, że kasa dla nich będzie gwarantowana nawet w przypadku pandemii. 

- Mogli próbować, ale regulamin jest jeden dla wszystkich i tam nie ma żadnych gwarancji, że ta druga stawka nie wchodzi. Wielu będzie musiało zejść na ziemię. Tak uważam. Inna sprawa, że w Orle nie mamy tego problemu, bo rozmawiając z zawodnikami, umawiałem się na to, co mogę dać. Nie opowiadałem, że dam więcej, bo jakoś to będzie.

I stracił pan Rohana Tungate’a.

- Mówiłem mu, że dostanie sto tysięcy za podpis, jak stadiony będą zamknięte. Dodałem, że dorzucę 50 tysięcy, jak będzie zgoda na 50 procent zapełnienia obiektu. Do tego dochodziło dwa tysiące za punkt. On jednak poszedł do innego klubu, gdzie dali mu 200 tysięcy. Teraz pytanie, czy on to zobaczy.

U pana by zobaczył?

- Tak. Powiem panu, że w tym roku było tak, że też dostali u mnie wszystko, co mieli obiecane w listopadzie. Nie uczestniczyłem w rozmowach dotyczących aneksów, bo to, co obiecałem w listopadzie 2019, wypłaciłem krótko po tym terminie. Czasami lepiej mieć wróbla w garści, niż kanarka na dachu.

Ktoś jednak tego kanarka obiecał.

- Jeśli zawodnicy uwierzyli, to ich problem.

Krzysztof Cegielski wystawił panu laurkę, więc wiem, że u pana nie zdarzyłoby się jednak tak, że pan Skrzydlewski jednego dnia by coś obiecał, a następnego pana córka, która też jest zaangażowana w żużel, powiedziałaby, że to trzeba obciąć.

- W klubie Orzeł Łódź jest tak, że zawodnicy mają kontrakt i moje słowo na te ekstradodatki do niego. I nie muszą mieć żadnego papieru, bo ja to wszystko zawsze płacę. Ostro się z nimi targuję, podpisując kontrakt, bo wiem ile mam i zdaję sobie sprawę z tego, że to, co obiecam, muszę potem zapłacić. Nie jestem z tych, co obiecują złote góry, a potem się z tego nie wywiązują.

Wychodzi jednak na to, że nie wszędzie tak jest. Stal działa inaczej.

- Jak ktoś zawierzył temu czy innemu klubowi, to jego problem.

A nie wydaje się panu, że prezesi nie powinni obiecywać czegoś, czego nie mają?

- Zgoda, ale od kilku lat mamy to samo. Wielu prezesów obiecuje, nie spełnia tego, potem znowu obiecuje, a zawodnicy nie wyciągają z tego wniosków, dlatego mówię, że mogą mieć pretensje do siebie. Zobaczymy, jak to się wszystko skończy. Ja śpię spokojnie, ale wielu żużlowców będzie sobie pluło w brodę.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje