Reklama

Reklama

Żużel. Władze PGE Ekstraligi nie zgodzą się na opóźnienie startu. Zawodnicy mogą się łapać za kieszenie

​Kluby podpisały milionowe kontrakty, bo prezesi liczyli, że przejadą sezon 2021 z kibicami na trybunach. Tymczasem już wiadomo, że jak na inaugurację 3 kwietnia będzie można zapełnić 25 procent stadionu, to będzie cud. To oznacza, że wiele budżetów może się nie spiąć. Prezes Ekstraligi Żużlowej mówi jednak, że nie będzie przekładał startu na inny termin, bo kluby podpisując kontrakty, zdawały sobie sprawę z tego, że w 2021 roku może być ciężko o kibiców na trybunach.

Wojciech Stępniewski, prezes Ekstraligi Żużlowej mówi nam, że nie ma mowy, by opóźniać start PGE Ekstraligi. Ten jest zaplanowany na 3 kwietnia i nic tego nie zmieni. - Nie ma rezerwowych terminów - wyjaśnia Stępniewski, bo na ten rok zaplanowano wiele innych imprez w żużlowych kalendarzu. Poza tym tu chodzi też o telewizję, dla której przekładanie też jest nie lada kłopotem. Dodajmy, że w tym roku są finały Euro oraz igrzyska olimpijskie.

Reklama

Prezesa Ekstraligi nie przekonuje argument, że kluby startując z małą liczbą widzów na trybunach (a nie można wykluczyć, że na inaugurację będą one całkiem puste) mogą mieć problemy z dopięciem budżetów. W tej chwili nawet MrGarden GKM Grudziądz, który nie szalał specjalnie na giełdzie, i ma budżet szacowany na 7 milionów, potrzebuje minimum 25 procent na trybunach, by wszystko zamknąć. GKM ma 2 miliony z miasta, 2,3 miliona z PGE Ekstraligi i 2 miliony od sponsorów. Brak 700 tysięcy.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie.

Sprawdź!

W innych klubach dziury są zdecydowanie większe. Nawet z Motoru Lublin, który bez kibiców ma szansę zebrać 11,5 miliona (4 z miasta, 1 z województwa, 4,5 od sponsorów i 2,3 z Ekstraligi) dochodzą sygnały, że rok z ograniczoną pojemnością będzie bardzo ciężki. W przypadku Motoru może to mieć związek z karnetami. Klub sprzedał 8 tysięcy stałych wejściówek na sezon 2020, ale w związku z ograniczeniami przerzucił je na ten rok. Kibice, którzy w tamtym roku zgodzili się na ten zabieg, teraz już nie muszą być tak łaskawi. Zwrot za karnety kosztowałby klub około 2,5 miliona.

Z naszych rachub wynika, że żadnego z klubu nie stać na jazdę przez cały rok przy pustych trybunach, a 25 procent nie wystarczy co najmniej połowie PGE Ekstraligi. Przy 50 procentach będzie już można związać koniec z końcem, ale już wiemy, że 50 procent zapełnienia trybun nie będzie na starcie ligi. Kiedy? Na to pytanie nikt nie jest w stanie udzielić dziś odpowiedzi. Wszystko zależy od sytuacji pandemicznej. Wydaje się jednak, że pół sezonu z maksem 25 procent można założyć, a już to oznacza kłopoty.

Niektórzy, jak Sparta czy Apator będą miały szansę na odrobienie straty dzięki Grand Prix. Oczywiście pod warunkiem, że będzie można zapełnić minimum 50 procent stadionu. Takie rozwiązanie wielkiego zarobku nie da (o milionie lub więcej można zapomnieć), ale przynajmniej pozwoli załatać dziurę z ligi.

Zasadniczo wszystko może się skończyć tym, że prezesi będą musieli prosić zawodników, żeby znowu, podobnie jak rok temu, zgodzili się na cięcia kontraktów. Wielu żużlowców podpisało jednak klauzule, że ich umowy nie podlegają renegocjacji. Ekstraliga Żużlowa tez nie zamierza przeprowadzać akcji obniżek umów, o czym prezes Stępniewski mówił w grudniu.

Dowiedz się więcej na temat: ekstraliga żużla

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje