Reklama

Reklama

Żużel. Władysław Komarnicki, człowiek z cygarem. Pierwszy do zdjęcia. Chwali się, że uratował Stal i dał jej miliony

Lubi błyszczeć w mediach. Kiedy Stal Gorzów zdobywa medal, wtedy na podium zjawia się Władysław Komarnicki z nieodłącznym cygarem. Klub właśnie spłacił kredyt, który trzeba było zaciągnąć z powodu kontraktów podpisanych w 2011. Wtedy on stał na czele klubu. Obecnie jest prezesem honorowym, senatorem wybranym z list PO, który już dwa razy głosował z PiS. Ostatnio zaistniał wypowiedzią, że zawodnicy będą zmuszeni renegocjować podpisane w listopadzie kontrakty.

Władysław Komarnicki lubi opowiadać, jak wiele zrobił dla żużla i Stali Gorzów. Można odnieść wrażenie, że tam, gdzie jest sukces, tam jest także on. Chwali się tym, że sprowadził do Stali Tomasza Golloba, że załatwił Bartoszowi Zmarzlikowi opiekę mistrza, że Stal wyszła na prostą, bo on się w niej pojawił. Od 8 lat nie sprawuje żadnej funkcji w klubie. Jest prezesem honorowym, który aktywnie popiera obecnego szefa klubu Marka Grzyba. W Gorzowie aż huczy od plotek, że panowie mają nawet tego samego specjalistę od public relations, który prowadzi im konta w mediach społecznościowych. Zresztą, jak spojrzy się na wpisy, to są one bliźniaczo podobne. Inna sprawa, że pan Komarnicki zaprzecza. - Nieprawdą jest, że mamy tego samego specjalistę. Nie jestem też mentorem pana Grzyba - wyjaśnia. - Pomagam, kiedy mnie o to proszą - dodaje.

Reklama

Zebrania w siedzibie upadłej spółki

Komarnicki pojawił się w Stali na początku XX wieku. Klub się rozleciał, bo Les Gondor, ówczesny sponsor i prezes splajtował. Podupadły także interesy wiceprezesa. Obaj stracili możliwość wykładania pieniędzy na klub. Prezydent miasta Tadeusz Jędrzejczyk chciał ratować klub. Na prezesa wyznaczył swojego zastępcę z ratusza Mariusza Guzendę. Namówił też jednak na wejście do zarządu Komarnickiego. Formalnie to on miał kierować klubem. Zebrania zarządu odbywały się w biurze jego firmy Interbud-West. Dziś ta spółka jest w upadłości. Składając wniosek, firma miała kilkuset wierzycieli na kilkanaście milionów złotych. - Od 15 lat nie jestem prezesem spółki. Kiedy nim byłem, to wykazywała zyski - komentuje.

- Nie rządziłem nieformalnie Stalą - mówi nam Komarnicki. - Zgadza się natomiast to, że sytuacja była wówczas tragiczna, a długi ogromne. Zostały one jednak zaciągnięte przed przyjściem Mariusza Guzendy i moim do Stali - dodaje.

Kiedy Guzenda przejmował stery, o długu Stali krążyły legendy. Mówiło się, że może on wynosić nawet 1,5 miliona złotych. - Mam papiery, więc mogę powiedzieć, że to było nie więcej, jak 300 tysięcy złotych - mówi nam były prezes i dyrektor Stali Jerzy Synowiec. - 1,5 miliona to w tamtych czasach wynosił budżet. Opowieści o manku brały się jednak z tego, co opowiadał pan Komarnicki, a on mówił, że w Stali zastał bagno. O to mam do niego pretensje, bo on mówił, a ja mam dokumenty - oświadcza Synowiec, a Komarnicki ripostuje: - Na temat pana Synowca nie będę się wypowiadał, bo o ludziach mówię dobrze, albo wcale.

Sprowadził Golloba, pomógł Zmarzlikowi

Idźmy jednak dalej. Stal z Guzendą i Komarnickim w zarządzie nie ma spektakularnych sukcesów. Dług klub, zamiast spadać, rośnie. W 2005 roku miał wynosić już 6 milionów (głównymi wierzycielami były ZUS i skarbówka). Od momentu inauguracji Guzendy urósł więc (jeśli założymy, że Synowiec się myli) co najmniej o 4 miliony. W oddłużeniu ma pomóc przyjście w 2005 roku pana Zdzisława Kałamagi i jego firmy Mars RTV AGD. Ten szybko się jednak zraził, bo miał kasę, ale okazało się, że została ona źle zainwestowana.

W 2005 roku Komarnicki został już prezesem klubu. Największym jego sukcesem było w tym czasie sprowadzenie Golloba. Sprytnie też ograł temat Zmarzlika, młodego talentu. W mediach opowiadał, że namówił Golloba, by został jego mentorem i mistrzem. Gdy Zmarzlik osiągnął pierwsze sukcesy, Komarnicki chodził dumny niczym paw.

Budował stadion. Mówi, że na tym stracił

Czy Komarnicki dał w czasie swojej prezesury jakieś pieniądze na Stal? - Tak - odpowiada on sam, a ludzie pracujący z nim wtedy w klubie potwierdzają to. Dodają, że nie była to jednak jakaś znacząca kasa. A czy pan prezes zarobił na Stali? Pytanie bierze się, stąd że jego firma budowała nowy stadion. - Ten kontrakt przyniósł 2,5 miliona straty - przekonuje Komarnicki. To samo pan Władysław mówił, kiedy budował galerię Askana. W Gorzowie żartowano nawet, że Interbud-West to jedyna firma, która traci na zleceniach. Inna sprawa, że wcześniej on sam mówił, że miał zyski.

W sezonie 2011 Stal z Komarnickim jako prezesem zdobyła brązowy medal. To był największy sukces sportowy po wywalczonym w 2007 roku awansie. Wtedy jednak pojawiły się konflikty w zarządzie. Odeszło dwóch członków: Mirosław Maszoński (jego firma do dziś wspiera Stal, Golloba i Zmarzlika) i Maciej Mularski, potentat w produkcji pomidora. Prezes Komarnicki na odchodne zakontraktował bardzo drogi zespół. Ci, którzy zostali w klubie, czyli Ireneusz Zmora, Przemysław Buszkiewicz i Cezary Korniejczuk, jakoś przeżyli 2012 rok, ale potem długi ich przygniotły. Klub musiał zaciągnąć 3,5 miliona złotych kredytu. Alternatywą było zgaszenie światła.

Komarnicki utrzymuje, że on z tym kredytem nie ma nic wspólnego. - Dodatkowo wyjaśniam, że przez cały okres działalności w Stali uzyskiwałem absolutorium - mówi. - W 2011 nie było żadnego długu, a kopia sprawozdania finansowego jest u prawnika. Nie było też żadnego konfliktu, gdy odchodziłem. Panowie Maszoński i Mularski nie chcieli współpracować z moim następcą - dodaje, choć żadnego następcy nie było. Zmora został nim 9 miesięcy później. A propos sprawozdania finansowego, to oczywiste jest, że to z 2011 nie wykazało długów. One powstały rok później wskutek kontraktów podpisanych przez klub na koniec prezesury Komarnickiego. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje