Reklama

Reklama

Żużel. Wiesław Jaguś. Najmniejszy z największych w historii Apatora. Upodobał sobie wygrywanie z Gollobem

Coraz rzadziej obserwujemy sytuacje, w których żużlowiec przez całą sportową karierę reprezentuje barwy jednego klubu. Przeważnie nie istnieje już coś takiego, jak przywiązanie i tradycja, toteż transferowa giełda co roku przynosi kilkanaście zmian w przynależnościach. Niegdyś jednak było to dość rzadkim zjawiskiem, a zawodnik jeżdżący w jednym klubie wiele lat, urastał do miana legendy. Tak jak w Toruniu Wiesław Jaguś.



Oczywiste skojarzenia, jakie przychodzą na myśl o Wiesławie Jagusiu to jego wzrost oraz czerwony kevlar przyozdobiony logotypem wieloletniego, głównego sponsora (Eliza). Żużlowiec był prawdopodobnie jednym z najniższych w historii, z daleka wyglądał jak małe dziecko. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu niezwykle solidnym i dobrym zawodnikiem na przestrzeni kilkunastu lat, choć same warunki fizyczne rodziły czasem śmieszne sytuacje. Sam Jaguś zapewne nie zdawał sobie z nich sprawy, a już na pewno nie brał ich do siebie.

Reklama

- Tato, poczekaj. Chcę autograf Wiesławia Jagusia. On tam stoi - powiedział do swojego ojca kilkuletni kibic pod bramą bydgoskiego parku maszyn, czekając aż żużlowiec skończy rozmowę. - Ale synu, pomyliłeś się. To jakiś chłopiec, pewnie pomaga przy motocyklach - odpowiedział ojciec. To najlepiej obrazowało, jak bardzo Jaguś wyróżniał się na tle innych zawodników. Kiedy przyjeżdżał na derbowe mecze w Bydgoszczy, siał jednak postrach wśród gospodarzy.

Zawodnik wybitnie regularnie potrafił wygrywać z nieosiągalnym na przełomie wieków dla większości ligowych rywali Tomaszem Gollobem. Mało tego, często dokonywał tego na torze w Bydgoszczy. Gdy odbywały się tam zawody i jechali w nich obaj panowie, a Gollob kończył z czternastoma punktami, nie trzeba było patrzeć w program, by wiedzieć z kim przegrał. Mało tego, Jaguś potrafił jechać naprawdę słabo i ulegać niżej notowanym rywalom, ale gdy przychodził bieg z Gollobem, dokonywał cudów. 

W lidze polskiej tak naprawdę nie było sezonu, w którym Jaguś by zawiódł. Jego regularność pozwalała na ustawianie go w roli lidera pary, a on sam doskonale potrafił znosić presję towarzyszącą najważniejszym biegom. Był bardzo poświęcony drużynie, być może aż za bardzo. Nieco mniej niż udanych spotkań ligowych, notował bowiem występów w zawodach indywidualnych, choć i tam potrafił pokazywać się z bardzo dobrej strony. W osiągnięciu lepszych wyników przeszkodziły mu kontuzje oraz Nicki Pedersen.



W 2007 roku fenomenalnie wówczas jeżdżący Jaguś ścigał się w elitarnym cyklu Grand Prix. Podczas zawodów w Eskilstunie na pierwszym wirażu Duńczyk nie opanował motocykla i wprost staranował jadącego szerzej Polaka, który z ogromnym impetem uderzył głową o tor. Przez długi czas dochodził do siebie, ostatecznie wrócił do sprawności, ale w odczuciu wielu obserwatorów nie był już tym samym zawodnikiem. Urazy głowy bowiem często zostają żużlowcom na zawsze.

Jaguś miał udział przy ostatnim złocie DMP dla klubu z Torunia. Stało się to w 2008 roku, a kolejne dwa lata (już na Motoarenie) także kończyły się medalami. Filigranowy zawodnik nie czuł się najlepiej na nowym domowym obiekcie. Miał trudności z dopasowaniem się do niego i to go frustrowało. Zaczął zawodzić, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało. 2010 rok był pierwszym nieco słabszym w jego karierze i... ostatnim w życiu. Jaguś postanowił tak po prostu zjechać z toru.

Mówi się, że zrobił to bez zawahania, bo ma w życiu pasję i żużel nie jest dla niego absolutnie wszystkim. Jaguś to rolnik i ma co robić w życiu. Być może gdyby w 100% poświęcił się żużlowi, mógł być medalistą mistrzostw świata. Stawał bowiem na podium pojedynczych turniejów, potrafił zdobywać także medale IMP. Nigdy jednak prawdopodobnie nie miał aż takiej determinacji, by ułożyć sobie życie dzięki żużlowi. Miał przecież dokąd wracać. Kto wie, czy nieco podobnym przypadkiem nie jest obecnie Paweł Przedpełski.

Obecnie Jaguś trzyma się z dala od żużla. Nie jest ekspertem, nie pokazuje się w telewizji, nie udziela wywiadów. Dość dużą tajemnicą owiany jest sposób rozstania tak zasłużonego zawodnika z toruńskim klubem. Do dziś nie jest jasne dlaczego nie zorganizowano turnieju pożegnalnego. Być może za jakiś czas żużlowiec zdecyduje się powiedzieć coś więcej na ten temat.

Warto wspomnieć o tym, że na żużlu jeździł także młodszy brat Wiesława, Marcin. Szybko jednak zakończył żużlową karierę, choć miewał przebłyski. Nie miał jednak szczęścia. Aby wygryźć świetnych wówczas Adriana Miedzińskiego i Karola Ząbika, trzeba było być wybitnym. Jaguś wybitny nie był. Często wystawiano go na seniorskiej pozycji, gdzie nie miał żadnych szans. Nazwisko Jaguś będzie jednak dzięki jego bratu na zawsze obecne w historii speedwaya.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!




Dowiedz się więcej na temat: żużel | eWinner Apator Toruń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje