Reklama

Reklama

Żużel. Walasek znów zakpił z kibiców i GKSŻ. Przyjechał tylko po to, by nie dostać kary

W pierwszym biegu dotknął taśmy, a następnie źle się poczuł i dalej już nie jeździł. Tak w skrócie można podsumować występ Grzegorza Walaska w indywidualnych mistrzostwach eWinner 1. Ligi Żużlowej. Rok temu doświadczony zawodnik zachował się podobnie. Wyjechał jeden raz, a następnie cztery razy rezygnował z walki na pierwszym okrążeniu. W środowisku pojawiają się opinie, że Walasek kpi sobie z kibiców i organizatorów, a zapraszanie go na takie zawody nie ma najmniejszego sensu.

Zwolnienie weterana z takich imprez z pewnością bardzo by go ucieszyło, ale GKSŻ nie chce robić precedensu. Dlatego gdy parę dni przez turniejem Walasek zgłosił się do żużlowej centrali z usprawiedliwieniem jego nieobecności na indywidualnych mistrzostwach eWinner 1.LŻ ze względu na złe samopoczucie, otrzymał odmowę. GKSŻ zwolniłby żużlowca, gdyby ten dostarczył L4. Lider Arged Malesy Ostrowa Wlkp. zwolnienia lekarskiego przesyłać jednak nie chciał, bo oznaczałoby to też automatyczną absencję w finałach eWinner 1.LŻ. 

Zaoszczędził 50 tysięcy

45-latek chcąc nie chcąc musiał więc pojawić się w Gdańsku by nie zapłacić 50 tysięcy złotych kary. Trzy lata temu taką sankcję GKSŻ nałożył na ówczesnego zawodnika ROW-u Rybnik, po tym jak ten spóźnił się na samolot i nie dotarł na turniej tej samej rangi. Walasek w Gdańsku się pojawił, ale - podobnie jak Rune Holta - perfidnie olał całe zawody. Nie przejechał nawet centymetra. 

Reklama

Były reprezentant Polski jest postacią bardzo specyficzną i osobą o trudnym charakterze. Nie ma już nawet sensu przytaczać jego słynnych rozmów z arbitrami. Przede wszystkim jednak to typ człowieka, który jedzie, jak mu się chce. Jak mu się z kolei nie chce, to nie jedzie. I nawet nie próbuje udawać, że jest inaczej. Niezależnie od rangi zawodów. Bardzo często już po pierwszym wyjeździe Walaska na tor można się zorientować, czy będzie jeździł na serio. W niedzielę w Gdańsku gdy tylko na inaugurację dotknął taśmy, od razu na Twitterze pojawiły się głosy, że więcej na torze go nie zobaczymy. Przypuszczenia okazały się słuszne. Walasek rzekomo źle się poczuł (choć wcale na chorego nie wyglądał) i do końca turnieju się nie pojawił.

Kibicom zatem wróciły wspomnienia sprzed roku, kiedy to w Bydgoszczy podczas tych samych zawodów, Walasek zachował się podobnie. Tym razem jednak zaszczycił fanów pięciokrotnym wyjazdem na tor. Najpierw ukończył bieg na trzecim miejscu, a potem cztery razy zjeżdżał z powodu awarii maszyny. Wyglądało to jednak tak, jakby po prostu zamykał gaz i demonstracyjnie zjeżdżał na murawę. Nie był nawet zdenerwowany, a przecież zawodnik po kilku defektach zazwyczaj jest wściekły. Zwłaszcza tak porywczy charakter, jak Walasek właśnie.

Nie męczmy siebie i jego

Walasek w tego typu zawodach startuje, bo w eWinner 1. Lidze spisuje się bardzo dobrze. Tam są pieniądze, więc warto się starać. Plasuje się w czołówce klasyfikacji najskuteczniejszych żużlowców rozgrywek, więc z automatu dostaje zaproszenie do udziału w indywidualnych mistrzostwach ligi. Jemu jednak te zawody radości nie sprawiają, bo w zasadzie nie ma z nich specjalnego zysku, poza satysfakcją i prestiżem. Walasek przyjeżdża, żeby "odbębnić" i nie dostać kary z tytułu braku stawienia się na zawody.

Może warto pomyśleć nad pomijaniem pana Grzegorza przy ustalaniu listy startowej przyszłorocznych mistrzostw ligi? Niech za niego pojedzie kolejny w klasyfikacji żużlowiec, chętny do walki i ambitny. Nikt nikogo nie będzie zmuszał do jazdy, a kibice nie będą musieli oglądać kpiącego sobie z nich uczestnika zawodów. Takie podejście u Walaska raczej nigdy już się nie zmieni, więc dawanie mu kolejnych szans nosi znamiona działania kompletnie bezsensownego. Nic na siłę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje