Reklama

Reklama

Żużel. W Polsce bezpiecznie aż do przesady, a w innych krajach żużlowcy łamią się na łąkach

Przy meczach żużlowych w Polsce regularnie pojawia się dyskusja na temat tego, czy w naszym kraju nie za bardzo głaskamy zawodników, jeśli chodzi o przygotowanie toru itd. Niektórzy twierdzą, że to problem, jaki nie występuje w innych krajach. Pozostali faktycznie nie przywiązują wielkiej uwagi do toru i infrastruktury. Efekty tego mogliśmy zobaczyć w tym tygodniu, gdzie wielu zawodników zanotowało w Danii koszmarne upadki.

W Polsce dmuchamy na zimne

W ostatnich latach w Polsce mocno postawiono na bezpieczeństwo. Zawodnicy jeżdżą głównie na twardych torach. W poprzednim sezonie pojawiły się nawet konkretne wytyczne co do sposobu przygotowania nawierzchni, by oprócz minimalizowania ryzyka postawić również na widowisko. Żeby doszło do meczu, tor musi zatwierdzić komisarz, opierający się na rygorystycznych zapisach. Takie i inne dyrektywy budzą u niektórych oburzenie, gdyż czasami wydaje się, iż w naszym kraju aż do przesady dba się o bezpieczeństwo.

Z ostatnich kontrowersji co do odwołania zawodów na myśl przychodzi m.in. Złoty Kask w Pile z 2019 roku, gdzie zawodnicy zbuntowali się m.in. z powodu wystających krawężników. Szukając dalej przyczyn przekładania meczów lub turniejów, to jakiekolwiek kałuże i drobne opady są całkowicie nieakceptowalne. O pogodę dba się tak bardzo, że mecze potrafią być odłożone w czasie na kilka dni przed terminem, bo prognozy pokazują niekorzystne warunki. Potem, często gęsto, oglądamy w internecie zdjęcia z miasta, w którym odwołano mecz. Widać na nich, że jest tam piękna pogoda.

U innych liczą się igrzyska

Gdy patrzy się na innych, można odnieść wrażenie, że tam żużel zatrzymał się w czasie, a niektórym zawodnikom do dziś to pasuje. Przykładem świeciła ostatnio Dania. Mimo deszczów ligowa kolejka została rozegrana. Żużlowcy wyjechali na bardzo mokre tory, co przyniosło opłakane rezultaty. Kai Huckenbeck i Rohan Tungate trafili odpowiednio do helikoptera i karetki. Kilku innych zawodników zaliczyło mniej lub bardziej groźne wypadki, mając niekiedy furę szczęścia.

Reklama

Problemem nie jest tylko lekceważenie deszczu, ale też infrastruktura. Poza Polską zazwyczaj ma się wrażenie, jakby na polu ziemniaków lub łące kilku znajomych zebrało się na żużlową zabawę. Potem braki naprawia się byle jak. Z tego powodu w 2020 roku podczas spotkania ligi szwedzkiej Vetlanda Speedway - Dackarna Malilla Peter Ljung zaliczył fatalnie wyglądający upadek. Po kontakcie z rywalem doświadczony zawodnik wjechał w bandę, a siła odrzutu wyrzuciła go na... słup znajdujący się tuż za torem. Być może Szwed do dziś odczuwa skutki wypadku, przez co jego forma drastycznie spadła.

Zmieńmy w końcu postrzeganie

Ostatni tydzień w Danii oraz sytuacja Ljunga są dowodami, że to łagodna Polska powinna być przykładem dla innych, a nie odwrotnie. Żużel sam w sobie jest bardzo niebezpieczny. Chyba nie powinno się tworzyć wątpliwej jakości widowisk narażając zdrowie zawodników. Na mokrym torze prędzej ujrzymy bowiem stertę kraks i jazdę gęsiego, gdzie każdy walczy o skończenie wyścigu, a nie świetną walkę na dystansie.

Pozostaje jeszcze kwestia szkód dla polskich pracodawców. Unia Tarnów martwi się, czy Tungate zdoła przygotować się na najbliższy mecz. Oczywiście wypadek mógł zdarzyć się również w Polsce, ale wystarczyło zadbać o bezpieczeństwo, a  tym razem do sytuacji z Australijczykiem (i innymi) by nie doszło. Temat jest o tyle istotny, że to polskie kluby płacą najwięcej i to one głównie starają się, by ich liderzy mieli zapewnione odpowiednie warunki.

U lubujących się w powiedzeniu "W Danii/Szwecji/Anglii by pojechali" zaleca się wprowadzić zmianę na "w Polsce by nie jechali".

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje