Reklama

Reklama

Żużel. Uczestnik Grand Prix był o krok od bankructwa. Wszystko przez polski klub

Tomas Jonasson po dwóch sezonach w Polonii Piła stracił zaufanie do polskich działaczy. Nie dostał pieniędzy, groziło mu bankructwo. To cud, że udało mu się przetrwać sezon 2020, choć sam przyznaje, że musiał ograniczyć starty do rodzimej ligi. Inaczej popadłby w długi. Teraz wraca do polskiej ligi, ale do łotewskiego Lokomotivu Daugavpils.

Szwed już jako młodzieżowiec dał o sobie znać całemu żużlowemu światu. Na jego koncie znalazły się między innymi dwa medale Drużynowych Mistrzostw Świata Juniorów. Pierwszy z nich wywalczył w wieku zaledwie osiemnastu lat. Ponadto w 2009 roku cieszył się z tytułu najlepszego szwedzkiego żużlowca do lat 21.

Reklama

Przejście w wiek seniora nie było dla niego jakoś specjalnie trudne, ponieważ brał nawet udział w kilku rundach Grand Prix, by ostatecznie w 2015 roku stać się stałym uczestnikiem cyklu. Sezon 2015 był jednocześnie jednym z najlepszych w jego dotychczasowej karierze, ponieważ wraz z Unią Leszno zdobył także Drużynowe Mistrzostwo Polski. Przez kolejne lata reprezentant kraju Trzech Koron regularnie ścigał się w Ekstralidze lub na jej zapleczu. 

W naszym kraju po raz ostatni występował w sezonie 2019 w barwach Polonii Piła. Dwuletnia przygoda z tym klubem doprowadziła do zahamowania jego przyzwoitej kariery. Wszystkiemu winne były oczywiście pieniądze, których nie otrzymał i nie zanosi się na to, żeby kiedykolwiek je zobaczył. Ekipa z Wielkopolski zniknęła bowiem z żużlowej mapy Polski, a 31-latek pozostał z niczym oraz stracił zaufanie do polskich działaczy. 

- Straciłem mnóstwo pieniędzy. Nie otrzymałem całego wynagrodzenia zarówno za sezon 2018, jak i 2019. Po tej całej sytuacji postanowiłem, że nie wrócę już do Polski, dopóki nie znajdę klubu, któremu będę mógł stu procentach zaufać – mówi w rozmowie z Interią sam zawodnik. 

Sezon 2020 na całym świecie został storpedowany przez pandemię koronawirusa. Na tor nie wyjechali, chociażby jeźdźcy w Wielkiej Brytanii, a rozgrywki w Szwecji stanęły pod znakiem zapytania. Gdyby nie tamtejsi włodarze, kariera Jonassona najprawdopodobniej dobiegłaby końca, ponieważ zawodnik nie miał pieniędzy na starty w naszym kraju. - Szczerze mówiąc, mogłem ścigać się w Polsce w sezonie 2020, ale niestety byłem bliski bankructwa i dlatego by zminimalizować koszty, postanowiłem rywalizować tylko i wyłącznie w swojej ojczyźnie. Tak naprawdę taka, a nie inna decyzja uratowała moją karierę. Nie zarobiłem zbyt wiele, ale na szczęście wydatki zbilansowały się z zyskami – przekazał. 

31-latkowi po wielu perturbacjach udało się wyjść na prostą. Zaowocowało to powrotem do polskiej ligi. Pomocną rękę żużlowcowi wyciągnął Lokomotiv Daugavpils. Łotysze nie tak dawno pożegnali się z eWinner 1. Ligą i chcą niewątpliwie jak najszybciej powrócić na zaplecze PGE Ekstraligi. Pozyskanie Szweda wydaje się świetnym posunięciem, zważając na jego dobrą przeszłość. - Nie rozmawiałem z innymi klubami, ponieważ od Lokomotivu dostałem naprawdę konkretną ofertę. Od razu zdecydowałem się na starty w tym zespole i tak naprawdę żadna inna drużyna nie wchodziła w grę – komentuje zawodnik. 

Jakie są więc cele Szweda na przyszły rok? - Chcę przede wszystkim poprawić swoją jazdę i być dobrym kolegą z zespołu. Poza klasyczną odmianą żużla wystartuję także po raz drugi w karierze w mistrzostwach świata na długim torze. Z cyklem wiąże duże nadzieje i mam nadzieję, że spiszę się lepiej niż przed rokiem. Zamierzam naprawdę dużo trenować, a jak wiadomo, praktyka czyni mistrza – zakończył świeżo upieczony reprezentant Lokomotivu Daugavpils.



Dowiedz się więcej na temat: żużel | Thomas Jonasson | Lokomotiv Daugavpils | 1. liga żużlowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama