Reklama

Reklama

Żużel. Ucieczka z finału, problemy osobiste i trudna współpraca z Ryanem Sullivanem. Szczere wyznania Sławomira Kryjoma

​Sławomir Kryjom wraca do pracy w roli menedżera. W nadchodzącym sezonie poprowadzi Trans MF Landshut Devils. W rozmowie z Marcinem Majewskim z nSport+ opowiedział o m.in. o ucieczce z finału PGE Ekstraligi, problemach osobistych, a także o trudnej współpracy z Ryanem Sullivanem.

Kolejnym gościem Marcina Majewskiego w programie "Trzeci Wiraż" był Sławomir Kryjom. Szef żużla w nSport+ poruszył kilka ciekawych tematów - m.in. nieodbyty finał PGE Ekstraligi w 2013 roku. - Myślę, że zapłaciłem za to ogromną cenę. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak wielka, natomiast liczyłem się z konsekwencjami, które mnie spotkają. Powołaliśmy się na zapis regulaminowy dotyczący walkowera. Rzuciliśmy ręcznik, a o tym dowiedziałem się 1,5 godziny przed meczem. Dostałem telefon od członka rady nadzorczej z Torunia - powiedział: Sławek, tego meczu nie jedziemy. Wracajcie do domu - wyznał Kryjom.

Reklama

- Co miałem wtedy powiedzieć? Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia. Gdybyśmy pojechali składem, który miałem do dyspozycji, to ten mecz niewiele miałby wspólnego z finałem najlepszej ligi świata - Miedziński, Ward, Brzozowski, bracia Pulczyńscy i Wolender. Podejrzewam, że skończyłoby się 65:25. Nie wiem, czy zawodnicy chcieliby jechać z rezerw taktycznych - dodał. 

Czy gdyby mógłby cofnąć czas, to skorzystałby z tej możliwości? - Trudno mi odpowiedzieć. Niewiele osób wie, że był to bardzo trudny czas dla mnie prywatnie. Kiedy jechałem na mecz do Zielonej Góry, wiedziałem że mojej mamy nie da się uratować. Zadzwonił tata i mówił, że mamę zabrało pogotowie. To był kolejny raz w krótkim odstępie czasu. To nie jest żadne wytłumaczenie, bo w każdej chwili musimy być profesjonalistami. Strasznie mi kibicowała, chciałaby żebym pojechał na mecz. Po tym wszystkim co się stało - nałożone na mnie kary były najmniejszym problemem. Mama odeszła 5 listopada, czyli w moje imieniny, sześć tygodni po finale. To było ważniejsze niż sytuacja z Zielonej Góry - zaznaczył. 

W żużlu nie brakuje trudnych charakterów. - Żużel jest sportem, gdzie nie płaci się miesięcznej pensji jak w piłce nożnej czy koszykówce, tylko płaci się za wykonaną pracę. Tego w innych dyscyplinach nie ma. Najtrudniejszy charakter, z którym się spotkałem to Ryan Sullivan. Od samego początku chciał pokazać, że jest ikoną w Toruniu i wszystko mu sie należy - dobry numer startowy oraz dobre pole startowe w wyścigach nominowanych. Zawsze wychodziłem z założenia, że jeden zawodnik meczu nie wygra, natomiast sześciu ma już szanse, także mieliśmy dużo zgrzytów - przyznał Kryjom. 

- Był słynny mecz w Rzeszowie. Pierwszy raz miałem do czynienia z takim czymś, że pięciu seniorów przed biegami nominowanymi miało 7 punktów. Jak sobie to przeanalizowałem, zauważyłem u Ryana tendencję spadkową. Uczciwie mu powiedziałem, że nie pojedzie. Wtedy był taki okres, że przez trzy tygodnie nie rozmawialiśmy. Tylko za pośrednictwem prezesa klubu Wojciecha Stępniewskiego i mechaników. W każdym sporcie są trudne charaktery. Nie tylko w żużlu. Czasami zdarzają się odzywki, które po prostu trzeba jednym uchem wpuścić, a drugim wypuścić - stwierdził. 

Kryjom powraca do pracy w roli menedżera. W sezonie 2021 poprowadzi drugoligowy zespół z Landshut. Dla 40-latka to fajna przygoda. Przy okazji będzie mógł łączyć pracę w żużlu z pracą w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Lesznie. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje