Reklama

Reklama

Żużel. Twórca kultowego programu: Przestaję rozumieć, z czego śmieją się młode osoby

- Jeden odcinek musiał zostać usunięty, gdyż prezes Orła mocno oburzył się na to, że wraz z Tomaszem Soterem, czyli ówczesnym prezesem Polonii, żartowaliśmy z Łodzi. Co ciekawe, nie obraził się na żarty z niego, tylko o mieście. Trochę to zabawne, bo jedynie cytowaliśmy film Marka Koterskiego. Mimo tego GKSŻ zajął się sprawą, a mój klub został ukarany finansowo – mówi Jakub Barański, autor kultowego programu „Na żużlu pytamy”.

Patryk Głowacki, Interia: Skąd wziął się pomysł na program: Na Żużlu Pytamy?

Jakub Barański, autor programu: Byłem gościem audycji w TOK FM, prowadzonej przez pyta.pl. Posłuchałem o tym, jak chłopaki przygotowywali swoje materiały, oglądałem je zresztą na YouTubie i stwierdziłem, że to niegłupie, by robić coś takiego w żużlu. W 2013 roku na stadionie w Pile miały miejsce krajowe eliminacje do mistrzostw świata juniorów. Wraz z kolegą z klubu wzięliśmy kamerę i mikrofon. Z racji, że pałam się fotografią, mogłem wykorzystać sprzęt również w innym celu.

Reklama

Pierwsze próby sprawiały trudność?

- Nieszczególnie. Między mną i zawodnikami nie było bariery wiekowej, a rówieśnicy wiedzieli, że robię sobie z nich żarty. Dość mocno się jednak denerwowałem, co widać na pierwszym filmie, gdzie na odpowiedzi nerwowo kiwałem głową.

Miałeś jakieś granice, których nie chciałeś przekraczać?

- Zdecydowanie nie. Wpadłem nawet na pomysł, z perspektywy czasu głupi, by z pytaniem podejść do Łukasza Sówki tuż przed jego wyjazdem na tor. Nie dziwi mnie, że żużlowiec odepchnął mój mikrofon. Dziś na taką akcję bym się nie zdecydował.

Finalnie jednak odcinek wyszedł na plus, co przyczyniło się do kontynuacji projektu.

- Jak najbardziej, gdyż zobaczyłem w tym sens. Podczas wydarzeń w Pile zaczęliśmy nagrywać więcej materiałów, aż do momentu, gdy pojawiła się okazja wyjazdu na Grand Prix do Gorzowa. Tam ludzie mnie rozpoznawali i chcieli ze mną pogadać. Wtedy postanowiłem pojeździć po różnych stadionach, pokazując żużel z innej perspektywy.

Na starcie pojawiały się kłopoty ze złożeniem materiału?

- Nie. Na zawody często wchodziłem tylnymi drzwiami, jeżdżąc wraz z zawodnikami. Oczywiście wysyłałem też akredytację do klubów. W Zielonej Górze zawsze prosili o zgodę Ekstraligi. Liga jednak pozytywnie rozpatrywała wnioski, prosząc jedynie o nienagrywanie toru.

Jak patrzyła na to Polonia Piła? Z jednej to szansa na promocję klubu, z drugiej jednak dość kontrowersyjne treści.

- Na początku wszystko przebiegało bez zarzutu. Osoby z klubu wierzyły, że to ma rację bytu, choć chyba nie wiedziały, jaką osiągnęło popularność. Miałem swobodę w działaniu, robiąc to, co sam uznawałem za stosowne. Włodarze nie chcieli tylko występować, co oczywiście respektowałem. Później pojawiły się kłopoty.

Konkretnie?

- Jeden odcinek musiał zostać usunięty, gdyż prezes Orła mocno oburzył się na to, że wraz z Tomaszem Soterem, czyli ówczesnym prezesem Polonii, żartowaliśmy z Łodzi. Co ciekawe, nie obraził się na żarty z niego, tylko o mieście. Trochę to zabawne, bo jedynie cytowaliśmy film Marka Koterskiego. Mimo tego GKSŻ zajął się sprawą, a mój klub został ukarany finansowo. Wtedy stwierdziłem, iż bez sensu narażać Polonię na niepotrzebne kary.

Pomijając na razie aferę, jak inne kluby reagowały na twoje działania?

- Wszyscy traktowali mnie podobnie. Dużą sympatią darzyłem wtedy Falubaz, który nie robił problemów, a jego zawodnicy byli bardzo otwarci na pytania, co tworzyło fajną współpracę. Z tego powodu wiele osób myślało, iż współpracuję z zielonogórzanami.

Ktoś musiał jednak podchodzić krytycznie do działalności?

- Najwięcej obiekcji miał Marek Cieślak, który zresztą osobiście zwrócił mi uwagę. Po czasie stwierdzam, że miał rację, gdyż czasami zachowywałem się nieodpowiednio, nie do końca myśląc nad pytaniami. Osoby starsze mogły być zdegustowane niektórymi wypowiedzianymi przez nas słowami.

Trudne momenty były?

- Na meczu Sparta Wrocław - Unia Leszno w biegu juniorskim goście jechali na 5:0, gdyż rywale zostali wykluczeni. Nagrywałem ten moment, żartobliwie komentując, że widzimy wspaniałe widowisko. Osoba siedząca za mną zaczęła przez to krzyczeć do mnie: "wypi******j ty leszczyńska k***o". Gdy powiedziałem, że jestem z Piły, to zrobiło mu się głupio.

Niektórzy działacze wykorzystywali fakt, by zdjąć na chwilę maskę powagi?

- Dobrym przykładem jest Marek Jankowski. W jednym odcinku fajną rozmowę nagrałem z panem Skrzydlewskim, gdzie żartowaliśmy z Łodzi i Bydgoszczy (to nie ten kontrowersyjny film - dop. aut.), lecz ostatecznie nie użyliśmy tego w materiale. Kolejna postać to Paweł Mizgalski z Włókniarza Częstochowa, który też reagował pozytywnie.

Cykl filmów utrzymywał się długo, a wyświetlenia rosły. Stało się to formą zarobku?

- Nie, traktowałem to jako hobby. Wyświetlenia, choć wysokie jak na żużel, w skali You Tube’a były małe. Wyciągnęliśmy z tego drobne pieniądze, ale pewnie nie zdołałbym pokryć kosztów wszystkich wyjazdów, jakie wykonałem w ramach programu. Klubowi z kolei nie zamierzałem dokładać dodatkowych kosztów, gdyż i bez nich stan kasy nie wyglądał najlepiej.

Po aferze z Łodzią pojawił się już tylko jeden odcinek: Na żużlu pytamy. Dlaczego?

- Trudno powiedzieć. Przestałem odczuwać chęć na tworzenie dalszych odcinków. Być może to też kwestia dorośnięcia i zrozumienia, że czasami żarty są dość niestosowne. Wtedy miałem 21 lat i niektóre rzeczy były wybaczalne. Skupiłem się ponadto na innych czynnościach. Teraz dochodzą jeszcze obostrzenia, więc i tak nie mógłbym tworzyć.

Ostatecznie zamknąłeś projekt?

- Finalnie nie powiedziałem "nie", choć też nie chcę niczego obiecywać. Może dam sobie jeszcze jedną szansę. Muszę jednak uważać, bo patrząc dziś na memy z różnych grupek, przestaję rozumieć, z czego w żużlu obecnie śmieją się młodsze osoby. Może zatem być tak, że zrobię coś, co mnie rozbawi, a w środowisku zostanie uznane za boomerskie. W sumie podążanie za trendami w memach nie jest wcale takie proste, gdyż z racji wieku nieco zmienia się humor.

Wspominasz o niestosowności żartów. Rozumiem zatem, że po latach oglądanie swoich materiałów krępuje?

- Staram się ich nie oglądać. Nie za bardzo lubię patrzeć na samego siebie. Żonę też muszę odwodzić od tego pomysłu. Z perspektywy czasu dziwnie to wszystko wygląda. Sporo pytań mogłem rozegrać zdecydowanie lepiej i gdybym miał okazję wejść w tamte sytuacje, zrobiłbym to lepiej.

Niemniej jesteś ze swojego programu zadowolony?

- Zdecydowanie. Rozruszałem żużel, pokazując go z innej strony. Wcześniej dyscyplina była smutna i oficjalna, a zawodnicy trzymali się sztywnych ram. Okazało się, że wielu z nich to fajni i zabawni chłopcy, którzy ukrywają to w telewizji, czego w sumie się nie dziwie. Powściągliwość nie naraża ich na niepotrzebne kary, a speedway to chyba jedyny sport, gdzie zawodnik może stracić pieniądze z byle jakiego powodu. Program na razie jest zamknięty.

Co zatem porabia Kuba Barański?

- Żużel jest wciąż obecny w moim życiu. Nagrywam różne rzeczy z Henrikiem Bauerem, prowadząc program "Speedway Crazy Show", gdzie co tydzień mamy okazję pogadać z jakimś żużlowcem. Mój angielski pozostawia wprawdzie sporo do życzenia, lecz się staram. Prywatnie z kolei utrzymuję kontakt z zawodnikami. Pozostaje jeszcze fotografia i tu myślę o profesjonalizmie, a żużel powinien zostać ważną częścią moich zmagań z aparatem.

Patryk Głowacki

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje