Reklama

Reklama

​Żużel. Treningi w środku zimy? Znany menedżer przestrzega i mówi, że to niedopuszczalne

Kilka dni temu media społecznościowe opanowały zdjęcia z trenującym Vaclavem Milikiem w zimowej scenerii. Odważny wyczyn Czecha wzbudził zachwyt kibiców, którzy z miejsca zamarzyli sobie podobnych scen w naszym kraju. Nastroje fanów tonuje jednak Jacek Frątczak. Znany menedżer uważa, że to nieodpowiedzialna zabawa. Zarówno dla samego zawodnika, jak i dla późniejszego stanu toru.

Zawodnicy coraz bardziej odczuwają głód jazdy. Ostatnie zawody w Europie odbyły się przecież pod koniec października. Dodatkowo chęć powrotu na owalne tory podsyca panująca obecnie pandemia koronawirusa, która uniemożliwia wiele aktywności fizycznych. Nic więc dziwnego, że żużlowcy już w środku zimy szukają okazji, by wskoczyć na motocykl. Najbardziej spektakularną próbą pochwalił się Vaclav Milik. Reprezentant Czech na początku lutego w zimowej scenerii wyjechał na tor w Pardubicach. Podobna sytuacja miała miejsce w Daugavpils, gdzie Oleg Michajłow w mediach społecznościowych pochwalił się krótkim filmikiem z treningu.

Reklama

Fani z całej Polski rzecz jasna byli zachwyceni i chcieli podobnych scen w naszym kraju. O tym jak na razie mogą jednak pomarzyć. - Nie po to tor się układał zimą, by to teraz wszystko rozsypać. Chyba jednak inne standardy panują w Czechach, a inne w Polsce. Szczególnie teraz, gdy temperatury są w okolicach zera czy lekko na minusie, to wyjazd motocyklem żużlowym jest destrukcyjny dla nawierzchni. W Polsce, gdzie mamy prawdziwych gospodarzy stadionów, jest to wszystko niedopuszczalne - mówi Jacek Frątczak w Magazynie Żużlowym na antenie Radia Zielona Góra.

W tym momencie kibicom nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość. Pierwszych treningów możemy spodziewać się nie wcześniej niż w połowie marca, z racji obecnie panującej mroźnej zimy. Pomimo tego, trenerzy już od dawna myślą o ich organizacji. Były menedżer klubów z Zielonej Góry i Torunia odsłonił słuchaczom kulisy tego przedsięwzięcia.

- Pierwsze treningi, czyli dwie trzy jednostki muszą być na totalnym luzie, ale ważna jest też precyzyjna organizacja. U mnie panowała również asertywność na wysokim poziomie i nie zapraszałem różnego typu gości z innych klubów, ponieważ to dezorganizuje prace. Trzeba się skupić na własnym zespole i dać zawodnikom możliwie największy komfort jazdy. Nie należy również nakładać presji, bo każdy wie ile okrążeń potrzebuje. Po trzech spokojnych treningach można już uruchomić taśmę, o ile warunki torowe temu sprzyjają - zakończył Jacek Frątczak.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje