Reklama

Reklama

Żużel. To on bił się na pięści z Mastersem. Teraz ma być trenerem juniorów w Falubazie

Marek Hućko to obecnie jeden z najlepszych mechaników świata, a w przeszłości solidny i utalentowany żużlowiec. W 1991 roku ogromny pech zabrał mu medal mistrzostw świata. Mówiono, że do żużla był za grzeczny, ale młodsi kibice pamiętają go z bójki na Grand Prix z Samem Mastersem.

Gorzowski bigbitowiec

Marek Hućko to wychowanek Stali Gorzów. Wyróżniał się nietypową fryzurą, którą wzorował na styl bigbitowców. Miał też jednak talent, którego nie wykorzystał w 100 procentach. Największym jego sukcesem w Stali okazało się zdobycie srebrnego medalu Drużynowych Mistrzostw Polski w sezonie 1992.

- Miał to coś, co odróżnia przeciętnych zawodników od tych utalentowanych. To była smykałka i lekkość jazdy, ale troszkę zbyt takiej delikatnej i za czystej. Nigdy nie jeździł ostro - wspomina swojego byłego podopiecznego Stanisław Chomski, który do dzisiaj jest szkoleniowcem Stali.

Reklama

Gdyby nie pech, miałby medal mistrzostw świata

W wieku juniorskim się wyróżniał. Zaowocowało to awansem do finału indywidualnych mistrzostw świata juniorów w 1991 roku. Co prawda, zajął w nim odległe czternaste miejsce, ale zdaniem Stanisława Chomskiego wszystkiemu winna była duża dawka pecha. Według szkoleniowca, jego żużlowiec prezentował się naprawdę świetnie.

- Byliśmy razem w Coventry. Przez defekty silnika i splot nieszczęśliwych sytuacji tego dnia uciekło mu naprawdę sporo punktów. Gdyby nie pech, myślę, że mógłby stanąć na podium mistrzostw świata juniorów - mówi szczerze 63-letni trener.

Swój potencjał zawodnik pokazał dwa lata później w rywalizacji najlepszych seniorów globu. Najlepiej zapamiętał z pewnością rundę wstępną kontynentalnych eliminacji w Marmande. Zawody we Francji Hućko ukończył na doskonałej drugiej pozycji. Lepszy od wychowanka Stali był tylko słynny Marvyn Cox.

Znakomicie dla reprezentanta Polski rozpoczął się również gorzowski ćwierćfinał. Po pierwszych trzech startach jeździec z Barlinka miał komplet punktów na swoim koncie. W czwartym biegu doszło do groźnie wyglądającego upadku. Niestety tego dnia Hućko już więcej nie pojawił się na torze, ponieważ zdiagnozowano u niego złamanie obojczyka. Koniec pięknej przygody stał się faktem. Co prawda znalazło się dla niego miejsce w stawce zielonogórskiego półfinału, ale tylko na pozycji rezerwowego, przez co tylko raz stawił się pod taśmą.

W jednej drużynie z legendą

W swojej karierze przez cztery lata ścigał się w drużynie z Łodzi. Pierwszy raz w sezonie 1997. Jego transfer z Gorzowa musiał wywołać spore poruszenie, ponieważ w swoim nowym zespole miał otrzymywać niemałe pieniądze.

- Bardzo wpadł w oko Andrzejowi Grajewskiemu, który prowadził wtedy klub z Łodzi. Zaprezentował się wtedy dobrze na jednym z turniejów i później doszło do podpisania kontraktu i to dość fajnego jak na tamte czasy - wspomina Chomski.

Hućko najlepiej musi wspominać lata 1999-2000. To właśnie w tym okresie występował w jednej drużynie wraz z legendarnym Samem Ermolenką. W 1993 roku Ermolenko zdobył złoty medal indywidualnych mistrzostw świata. Ponadto trzykrotnie sięgał po brąz. Jazda u boku mistrza dodawała Polakowi skrzydeł i motywowała do ciężkiej pracy.

Był za grzeczny na żużel

Karierę kończył dwukrotnie. Po pierwszym razie nie mógł długo wytrzymać bez uprawiania sportu, dlatego odnowił licencję i na torze pojawił się jeszcze w 2006 roku. Pomimo przyzwoitej średniej (1,659 pkt/bieg - dop.red.) ponownie zdecydował się na zakończenie kariery, tym razem była to ostateczna decyzja. Ostatni punkt w swojej przygodzie ze speedwayem zdobył dla Orła Łódź.

W jego przypadku trudno mówić o spełnieniu. - Troszeczkę za dużo było talentu, a za mało takiego uporu w trudnych sytuacjach. Niby jeździł dość długo, ale z drugiej strony kariery wielu zawodników trwały dłużej. Gdyby więcej od siebie wymagał, mógł zajść dużo dalej - oznajmił Chomski.

Chce go każdy zawodnik

Kilka lat temu rozpoczął nowy rozdział w swoim życiu. Nie porzucił żużla. Pomaga najlepszym zawodnikom na świecie, jest ich mechanikiem. Za nim między innymi wieloletnia współpraca z Nickim Pedersenem. Polak wraz z Duńczykiem wielokrotnie sięgał po najwyższe laury i był jednym z ojców sukcesów jednego z najbardziej utytułowanych żużlowców globu.

Niedawno zakończony sezon spędził u boku Mateusza Tondera. Junior RM Solar Falubazu ma za sobą naprawdę udany rok. Z pewnością ogromna w tym zasługa jednego z najlepszych mechaników działających obecnie w tym sporcie.

Pobił się z byłym zawodnikiem Stali Gorzów

Młodsi kibice pamiętają go w związku z tym, co zdarzył się 24 października 2015 roku na Etihad Stadium w Melbourne, gdzie odbyła się runda Grand Prix. W ósmym biegu dnia doszło do stykowej sytuacji na torze pomiędzy Nickim Pedersenem (dla którego pracował Hućko - dop.red.) a Samem Mastersem.

Po zakończonym wyścigu zrobiło się gorąco. Obaj zawodnicy niemal rzucili się na siebie. W parkingu wywołała się awantura, która zakończyła się ogromnym skandalem. Młody Australijczyk w złości rzucił się z pięściami na Marka Hućkę. Polak nie pozostał dłużny. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, a skonfliktowanych musiały rozdzielać osoby postronne. Co ciekawe, Masters w przeszłości podobnie jak 49-latek reprezentował barwy Stali Gorzów. Doszło więc do starcia dwóch osób związanych z gorzowskim klubem.

Czas na nowe wyzwanie

Wiele wskazuje na to, że Hućko od przyszłego sezonu będzie trenerem młodzieżowców w RM Solar Falubazie. Informacją pochwalił się prezes klubu - Wojciech Domagała. Obecnie rozmowy trwają, ale najprawdopodobniej zakończą się one sukcesem. Wychowanek Stali zna już mniej więcej zielonogórskie środowisko, ponieważ ostatni rok spędził u boku Mateusza Tondera - świeżo upieczonego seniora zespołu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje