Reklama

Reklama

Żużel. Tak sędziowie krzywdzą zawodników. Czy da się coś z tym zrobić?

Arbiter, który dopatruje się nieprawidłowości w procedurze startowej i decyduje się na przerwanie biegu, w większości przypadków daje minimum jedno ostrzeżenie dla zawodnika, który jego zdaniem najbardziej na nie zasłużył. Czasem widujemy jednak sytuacje, w których bieg wyścig się przerywa, a ostrzeżeń nie ma. To niejako przyznanie się do błędu ze strony sędziego. Pokrzywdzony może czuć się z kolei żużlowiec, który w uczciwy sposób wygrał start i został pozbawiony punktów.

Sporo kontrowersji wywołuje bardzo restrykcyjny w ostatnim czasie model procedury startowej. Niegdyś zawodnicy czołgali się pod taśmą i byli po prostu sami sobie winni, kiedy na skutek takiego zachowania tracili na starcie. Wszystko było jednak dozwolone, dopóki nie dotykali taśmy. Obecnie muszą stać nieruchomo, a sędzia skupia się na najmniejszych ruchach każdego z nich. Często przerywa się biegi z powodu podejrzeń arbitra dotyczących nierównego lub nieprawidłowego startu. Przeważnie w takich sytuacjach któryś z żużlowców otrzymuje tzw. warning. Zdarza się, że po przerwaniu biegu nikt jednak go nie dostaje. I to już nie w porządku wobec tych, którzy dobrze wystartowali.

Reklama

Takie jest życie. Nie wszędzie jest sprawiedliwość. Po zapaleniu przez sędziego czerwonego światła, nic już nie da się zrobić - tłumaczy nam Robert Kościecha, były żużlowiec, a aktualnie trener juniorów w ZOOleszcz DPV Logistic GKM-ie Grudziądz. - Zawodnik czuje się niesłusznie oskarżony o coś, czego nie zrobił. Niewiele jednak można na to poradzić. Sędzia w bardzo krótkim czasie musi podjąć decyzję o przerwaniu lub nieprzerwaniu danego biegu. Często ma na to dosłownie dwie czy trzy sekundy - dodaje.

Kluczowym aspektem tej sytuacji wydaje się mnogość rzeczy, na jakie sędzia musi zwracać uwagę już przed rozpoczęciem biegu. - Arbiter jest na wieżyczce i czasem musi obserwować wszystkich, bo każdy coś tam próbuje robić. Jeśli jeszcze mamy ewidentny i widoczny przypadek nieprawidłowego startu, to pół biedy. Gorzej jak ktoś się wstrzeli, a sędzia ma wątpliwości. Nie da się tego tak na szybko zweryfikować. Tym bardziej na takich stadionach, jak Częstochowa na przykład, gdzie wieżyczka jest naprawdę daleko od startu. 



Robert Kościecha uważa, że zawodnik tracący na przerwaniu biegu może mówić wyłącznie o braku szczęścia. Na chwilę obecną podobnych zdarzeń nie da się uniknąć. - To kwestia tylko pecha, bo sędzia musi przerwać bieg, jeśli nie jest pewny, czy wszystko było w porządku. On też jest tylko człowiekiem. Dopóki nie będzie jakichś urządzeń do wykrywania ruchów zawodnika czy jego zbyt szybkiego puszczenia sprzęgła, nie ma opcji, by wykluczyć takiej sytuacje. Oko ludzkie nie jest doskonałe - puentuje.

Na zakończenie warto również wspomnieć o tym, jak wielkiej odporności psychicznej od danego żużlowca wymaga ponowne skupienie się na dobrym starcie w biegu, w którym jechało się na prowadzeniu. Zwłaszcza, jeśli był to np. bieg finałowy lub półfinałówy jakiejś ważnej imprezy. Taką wojnę nerwów w 2017 roku wygrał np. Szymon Woźniak, który w półfinale dwukrotnie prowadził, a wyścig przerywano. W kolejnej odsłonie jednak także pokazał klasę, a ostatecznie sięgnął po złoty medal.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | PGE Ekstraliga

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje