Reklama

Reklama

Żużel. Stal Gorzów na Teneryfie. Policja na lotnisku i w hotelu: Kolega, który był na interwencji, będzie jutro

Przeprowadziliśmy małe śledztwo związane z lotem i pobytem Moje Bermudy Stali Gorzów na Teneryfie. Instytucje początkowo chętne do pomocy, potem nabierały wody w usta. Policjant, który był na interwencji w hotelu Santiago Barcelo rozłączył się, gdy usłyszał, że mówimy do niego po angielsku, choć wcześniej dyżurny zapewniał nas, że udzieli nam informacji.

14 lutego drużyna Moje Bermudy Stali Gorzów plus osoby towarzyszące wsiadła na lotnisku Berlin Brandenburg na pokład samolotu lecącego na Teneryfę. Inni pasażerowie tego lotu mówią o dużych zakupach ludzi w klubowych dresach w sklepie wolnocłowym. Na pokładzie część ekipy spożywała własny alkohol i się awanturowała. Doszło do kłótni z pasażerką z Niemiec. Załoga groziła awaryjnym lądowaniem, ostatecznie wezwano policję, która po lądowaniu spisała kilka osób.

Reklama

W drodze powrotnej te osoby (w tym prezes klubu Marek Grzyb) nie mogły skorzystać z usług easyJeta. Linia wysłała wyjaśnienie redakcji WP SportoweFakty, gdzie wyjaśniła, że zakazała niektórym pasażerom przyszłych lotów z powodu zakłócania spokoju na pokładzie. Potwierdzono też interwencję policji.

Zasłaniali się nieznajomością angielskiego

My też dzwoniliśmy i pisaliśmy do easyJeta oraz na lotnisko Teneryfa South. Obsługa lotniska odesłała nas do easyJeta, a stamtąd do dziś nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi, choć wcześniej podano nam e-mail, na który mamy wysłać pytania. Skontaktowaliśmy się też z rzecznikiem lotniska Berlin Bramdenburg, który najpierw obiecał udzielić kilku konkretnych informacji, poprosił o telefon za kilka godzin, ale kiedy odebrał, stwierdził, że niedostatecznie dobrze mówi po angielsku.

Obsługa hotelu Santiago Barcelo początkowo była bardziej rozmowna niż obsługa lotniska. Na pierwszego maila o to, czy w hotelu doszło do ekscesów związanych z zameldowaną u nich ekipą Stali, odpowiedzieli chętnie. - Tak, była część grupy, która nie respektowała zasad. Niektórzy w nocy wyrzucali rzeczy z balkonu. Jak zawsze w takich sytuacjach, skontaktowaliśmy się z jednym z członków tej grupy i poprosiliśmy, by się uspokoili. Usłyszeliśmy, że mamy dzwonić na policję. Były także z pokojów sąsiadujących ze wspomnianą grupą - napisano nam w mailu z hotelu, po konkretnym pytaniu o to, czy opisywana sytuacja dotyczy grupy Moje Bermudy Stali Gorzów.

Hotel nabrał wody w usta

Potem jeszcze kilka razy dzwoniliśmy do hotelu. Na początku szybko przerywano nam każdą próbę rozwijania pytania o Stal, bo doskonale wiedzieli, o co chcemy zapytać. O tym, że część osób z tej ekipy sprawiała problemy, wiemy też od innych polskich turystów, którzy przebywali tam w tym samym czasie, co gorzowianie. Obsługa hotelu przez dwa dni zwracała im uwagę, potem machnęła na to ręką. Stal uzyskała nawet od dyrekcji hotelu maila, że źle zrozumieliśmy tłumaczenia szefa recepcji, że w istocie opisywał on zachowanie innej grupy. Nic nam jednak nie wiadomo o tym, by w tym samym czasie była w hotelu Santiago Barcelo inna Stal.

Dodajmy, że hotel, zanim skontaktowała się z nim Stal, chętnie odpowiadał na nasze pytania. Uzyskaliśmy od nich informację, że ostatecznie nie wezwali policji. Kiedy jednak zadzwoniliśmy na miejscowy komisariat, to okazało się, byli z interwencją w Santiago Barcelo. Najwyraźniej zostali wezwani przez jakiegoś gościa, któremu przeszkadzały hałasy, a nie doczekał się pomocy obsługi hotelu.

Policjant, który był na interwencji, będzie jutro

Przy pierwszym kontakcie z policją i pytaniem o Stal i incydent w hotelu Santiago Barcelo usłyszeliśmy, że wiedzą, o co chodzi. Powiedziano nam jednak, że policjanta, który był wówczas na interwencji, nie ma akurat na posterunku. Kazano nam dzwonić następnego dnia. Kiedy jednak zadzwoniliśmy, to nie zdążyliśmy dokończyć nawet pytania, bo policjant się rozłączył. Próbowaliśmy jeszcze uzyskać jakąś wypowiedź od rzecznika komendy, ale ten nie chciał za wiele mówić. Twierdził, że nie może zdradzać szczegółów spraw dziennikarzom.

W związku z tłumaczeniem niektórych osób, że nie znają angielskiego, poprosiliśmy o pomoc kolegę z Hiszpanii. Na niewiele się to jednak zdało. Wszędzie słyszeliśmy: nie możemy powiedzieć nic więcej. Najbardziej kuriozalne jest zachowanie hotelu, który po telefonach z Gorzowa zaczął się wycofywać z tego, co mówił wcześniej. Najwyraźniej nie chcieli sobie robić antyreklamy. Być może też, ujawniając nam, że awanturowała się Stal, naruszyli też jakieś przepisy i woleli napisać, że my coś źle zrozumieliśmy. Korespondencję mamy jednak udokumentowaną.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Dowiedz się więcej na temat: żużel | Moje Bermudy Stal Gorzów | PGE Ekstraliga | Marek Grzyb

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje