Reklama

Reklama

Żużel. Słowo Frątczaka na niedzielę: W każdej złej sytuacji trzeba znaleźć coś dobrego

- Mój syn, który wstał i rano przeczytał artykuł o tym, że trener Żyto mnie zniszczy, zadał mi wprost pytanie czy to oznacza, że nie będę żył. Tego już panu trenerowi odpuścić nie mogę. Wzywam go do tego, by w ciągu 48 godzin przeprosił za słowa wypowiedziane w moim kierunku, a także wykonał gest charytatywny, bo w każdej złej sytuacji trzeba znaleźć coś dobrego – pisze w swoim najnowszym felietonie Jacek Frątczak.

Zacznę od dobrych rzeczy. Wczorajszy wieczór to przede wszystkim popis dwóch Januszów z Małopolski. Zaczniemy chronologicznie, od młodszego, który nazywa się Janusz Kołodziej. Rozbawił on wszystkich oglądających do łez włącznie z Patrykiem Dudkiem na pomeczowej konferencji, kiedy powiedział, że po każdym biegu biegł do mechaników na konsultacje, by od razu nanieść jakieś poprawki. Dziwne, bo prędkość miał taką, że zawodnicy za jego plecami mieli problem z rozpoznawaniem jego numeru startowego. Cały "Koldi"...

Drugi Janusz z Małopolski, o którym chciałbym napisać, to trener GKM-u Grudziądz. To co pokazał nam cały zespół z Grudziądza, na czele ze szkoleniowcem powinno budzić szacunek. Chylę czoła przed trenerem Januszem Ślączką, całym klubem i drużyną, bo rzeczywiście oni wspięli się na wyżyny swoich możliwości. To był zupełnie inny zespół niż wcześniej.

Reklama

Nie było tam czekania na nie wiadomo jakie zrządzenie losu, tylko podjęto bardzo szybką decyzję związaną z zatrudnieniem Pawła Miesiąca. Zrobiono wszystko, żeby zmienić sytuację. Z nim w składzie, zupełnie inaczej funkcjonowała cała drużyna. W sobotę mieliśmy obraz niemal kompletnego zespołu. Pech polegał na tym, iż były dwie taśmy, które uniemożliwiły im zwycięstwo. Nawet ten jeden duży punkt zdobyty na Motorze jest jednak niezwykle ważny. W pojedynkach korespondencyjnych drużyn, które będą walczyły o utrzymanie może okazać się on na wagę złota.

Nie mogę oczywiście uciec od sytuacji, która całkiem niedawno dotknęła mnie osobiście. Wypowiedzi trenera Piotra Żyto skierowałem już do pewnej kancelarii. Dlaczego? Po pierwsze zostałem zniesławiony. Poza tym pojawiło się podejrzenie gróźb karalnych. Ja jestem wychowany w rodzinie chrześcijańskiej. Nauczono mnie od małego, aby wybaczać. W tym przypadku zostało jednak złamane prawo. Z całą pewnością jestem przygotowany na proces sądowy.

Mój syn, który wstał i rano przeczytał artykuł o tym, że trener mnie zniszczy, zadał mi wprost pytanie czy to oznacza, że nie będę żył. Tego już panu trenerowi odpuścić nie mogę. Wzywam go do tego, by w ciągu 48 godzin przeprosił za słowa wypowiedziane w moim kierunku, a także wykonał gest charytatywny, bo w każdej złej sytuacji trzeba znaleźć coś dobrego. Chciałbym, aby przekazał on równowartość nagrody pieniężnej od Prezydenta Miasta Zielona Góra za złoty medal zielonogórskich juniorów w ubiegłorocznych DMPJ na rzecz Niny Słupskiej. Jeżeli to zostanie z jego strony poczynione, to jestem w stanie zapomnieć o wszystkim. W przeciwnym wypadku spotkamy się w sądzie.

Z presją trzeba umieć żyć. Niedawna sytuacja z Marcinem Majewskim i Mikkelem Michelsenem, a następnie reakcja Komisji Orzekającej Ligi pokazała jak powinniśmy funkcjonować w tym świecie sportu zawodowego i mediów. Na takie postawy nie może być przyzwolenia, dlatego i w tym przypadku liczę na adekwatną reakcję Speedway Ekstraligi. My coś komentujemy, prognozujemy, a potem jesteśmy obrzucani błotem, z groźbami włącznie. Podstawową różnicą jest fakt, iż odnosimy się w mediach do wydarzeń i wyników, nie do konkretnych osób, a tylko funkcji które pełnią. Powtórzę raz jeszcze, oceniamy pracę, a nie cechy ludzi. Natomiast w sytuacji z trenerem Żyto, ewidentnie doszło nie tylko do przekroczenia wszelkich granic dobrego smaku, ale przede wszystkim granic prawa.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje