Reklama

Reklama

Żużel. Słowo Frątczaka na niedzielę: Kulisy słynnego meczu we Wrocławiu. Najpierw zdjęcia na Orlenie, a potem plucie w twarz

- Siedem miesięcy wystarczyło żeby z pozycji noszonego na rękach zrobić ze mnie ofiarę. Ten przykład dobitnie pokazuje, jak wygląda polskie piekiełko. Ale to ja zawsze podejmowałem decyzje, nadstawiałem karku i wszystko brałem na klatę. Każdy doskonale wiedział kogo ma grillować, albo wychwalać pod niebiosa. Teraz bardzo często ta odpowiedzialność jest rozmywana - pisze były menedżer Jacek Frątczak.

Danuta Rinn śpiewała "...gdzie Ci mężczyźni, prawdziwi tacy, mmm, orły, sokoły, herosy!? Gdzie Ci mężczyźni na miarę czasów, gdzie te chłopy!?..."

Kolejka ligowa odwołana, zgotowano nam weekend bez żużla, więc na tapet wziąłem trzy tematy, których wspólnym mianownikiem będzie słowo odpowiedzialność.

Większość branżowych mediów zaczęła się rozpisywać o muzycznej twórczości Gleba Czugunowa. Ta kwestia wywołała całą masę kontrowersji. Jestem trochę z innego pokolenia i środowiska niż Rosjanin z polskim paszportem. Bardziej konserwatywnego, kiedy stereotypowy mężczyzna z reguły miał krótkie włosy. Sęk w tym, że moim dzieciom bliżej wiekiem do Gleba i jego kompozycje nie są dla nich niczym nadzwyczajnym.

Reklama

Pewnie też nie miałbym problemów z tym, co zajmuje Gleba, kiedy siedzi w domu i nie jeździ na żużlu, gdybym nie miał w pamięci osobistych żużlowych herosów z młodzieńczych lat. Tomka Golloba, Hansa Nielsena, Tony'ego Rickardssona. Oni w stu procentach oddawali się żużlowi. Tomek żył dla czarnego sportu. Każdą wolną chwilę spędzał w warsztacie. Szwed z kolei zabijał swoich rywali pewnością siebie. Część żużlowców przegrywała z nim, zanim zdążyła wyjechać na tor. Nie słyszałem też żeby Bartek coś komponował w domowym zaciszu, a może szkoda...

Uwielbiam ludzi z pasją. Sam poza pracą mam kilka nietypowych odskoczni. Weekendowo uwielbiam wypiekać... Prawda jest jednak taka, że nie musisz wyglądać jak stereotypowy facet i możesz tańczyć, skakać, śpiewać, gotować ale pod jednym warunkiem. Gdy broni cię wynik. Jeżeli go nie ma, a absorbują cię rzeczy poboczne, zaraz zetkniesz się z brutalnym hejtem, z którym w dzisiejszych czasach trzeba się liczyć. No, bo nie masz prawa robić nic innego niż sport.

I teraz trochę więcej o tym jak bardzo wynik kształtuje świadomość. Kiedy jeszcze pracowałem w żużlu, w ciągu siedmiu miesięcy i to na tym samym torze przebyłem drogę od bohatera do zera.

Najpierw pojechałem do Wrocławia kompletnie obdarty ze złudzeń. Nie dawano nam najmniejszych szans na sukces. Bez najlepszego juniora, bez Rune Holty i z obitym po Cardiff Doyle'm. A ważyły się losy play-offów. 150 metrów przed metą Jason Doyle przegrał nam czwórkę i być może medal. Cala Polska pisała później, że Frątczak poprowadził mecz wzorcowo, że po tych zawodach trener gospodarzy - Rafał Dobrucki powinien udać się do menedżera ekipy z Torunia na korepetycje, jak wyciągać zespół z kryzysu. Inna sprawa, że osobiście oprotestowałem taką retorykę bezpośrednio u dziennikarzy, broniąc tym samy warsztatu żużlowego trenera.

Ponieśliśmy porażkę sportową, ryczałem jak dziecko w kącie w szatni...Kiedy wracałem do domu kibice robili sobie ze mną zdjęcia na Orlenie, poklepywali po plecach, mimo tego, że a ja czułem się fatalnie. Byłem załamany, bo nikt nie stawiał na nas złamanego grosza, a ogromna szansa na coś dużego przeszła koło nosa.

Przeszło pół roku później udaliśmy się na ten sam Stadion Olimpijski przetrzebieni kontuzjami. Na dodatek po kolejnym urazie Jasona w meczu z Częstochową. Po trzecim biegu dostałem informację od komisarza zawodów, że nadciąga burza. Ponoć lało już w okolicach lotniska. Komunikat brzmiał, że bez zbędnych przerw pędzimy z meczem, bo sędziemu zależy, aby zaliczyć to spotkanie po ośmiu biegach. Trzeba było szybciej niż zwykle myśleć i reagować. Z tyłu głowy miałem, że cała odpowiedzialność jest na moich barkach i najwięcej zależy ode mnie, moich decyzji.

Mając nieznaczną stratę po trzech biegach, postanowiłem, że skoro kończymy po ósmym, w piątym wycofam Kościucha i zrobię szybką taktyczną, aby nie żałować spóźnionej decyzji. Ten w międzyczasie poszedł do telewizji powiedzieć, że Frątczak się nie nadaje, a gość absolutnie nie miał pojęcia jaki jest kontekst mojego działania. Postawiłem na zawodnika, który zazwyczaj znakomicie czuje we Wrocławiu, bo później nie byłoby szans żeby go gdzieś wkomponować. Poszedłem va banque. Postawiłem na szali wszystko co miałem. Gdyby się udało, byłbym bohaterem ostatniej akcji. I co? I deszcz nie spadł. Tą potyczką zakończyłem swoją przygodę prowadząc jakikolwiek zespół.

Skazano mnie na ostracyzm, wylano wiadro pomyj z dosłownym pluciem w twarz włącznie. Nigdy nie zapomnę tych obrazów zaraz po meczu. Nawet reporter telewizyjny wrzeszczał do mnie w niewybrednych słowach. A ja przecież nie usiadłem na motocyklu. To, że dziś dalej tu jestem zawdzięczam rodzinie i lekarzom. Slangowa formuła: nie chce mi się żyć wcale nie była wówczas tworem z literatury.

Ile naczytałem się artykułów, że Frątczaka powinni wywalić w Toruniu na zbity pysk dużo wcześniej, że Polak mądry po szkodzie itp. Siedem miesięcy wystarczyło żeby z pozycji noszonego na rękach zrobić ze mnie ofiarę losu. Ten przykład dobitnie pokazuje, jak wygląda polskie piekiełko. Ale to ja podejmowałem decyzje i wszystko wziąłem na klatę. Każdy doskonale wiedział kogo ma grillować, albo wychwalać pod niebiosa.

Maciej Kuciapa, mój serdeczny kolega, którego znam dwadzieścia lat był gościem jednego z magazynów żużlowych. I nie rozumiem jednej kwestii związanej z prowadzonym przez niego Motorem Lublin. Dziennikarz zadając mu pytanie popełnił w mojej ocenie błąd. Kluczowe jest nie to ,czym się zajmuje, tylko kto bierze ODPOWIEDZIALNOŚĆ, o której wspominałem na początku. Ona nie może się rozmywać na kilka osób. Należało wskazać personalnie, kogo się rozlicza za wynik. Maciej formalnie nie jest przedstawiany jako ten, który trzyma kierownicę decyzyjności w zespole. 

Dziwi mnie taka odpowiedź Maćka, bo mnóstwo rzeczy nauczyłem się właśnie od niego. Brakuje mi jednak ze strony szefów Motoru oficjalnej wiadomości, kogo rozliczać za sukcesy i niepowodzenia. Jak dla mnie szefem jest i powinien być właśnie Maciek. Ma wszelkie kompetencje do tego, aby brać odpowiedzialność za wyniki na siebie. Decydujesz - odpowiadasz...

I tylko Krzysztofa Krawczyka żal...

"chciałem być piosenkarzem..."

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje