Reklama

Reklama

Żużel. Słowo Frątczaka na niedzielę. Czas hejterów. Zdeptali Igę Świątek, za chwilę będą strzelać w żużlowców (felieton)

- Iga Świątek padła ofiarą własnego sukcesu, a zasada jest prosta. Kiedy wszedłeś już raz na szczyt, musisz na nim zostać, inaczej spadniesz z niego z hukiem, a potem jeszcze wdepczą cię w ziemię. Wracasz na start, zapominamy o tym co było i stajesz się nikim. W żużlu jest identycznie. Nie ma litości dla przegranych - pisze w swoim nowym felietonie były menedżer Jacek Frątczak.

W związku ze zbliżającym się sezonem trzeba sobie dosadnie powiedzieć: czas hejterów nastał. Chmara uzbrojonych w klawiaturę, ekran monitora i dostęp do internetu żużlowych trolli nadciąga. I z każdym dniem będzie ich przybywać w zastraszającym tempie. 

Reklama

Żeby zgrabnie pokazać, jak działa to hejterskie towarzystwo, a z czym stykać się będziemy w żużlu już za miesiąc, na tapetę postanowiłem wziąć drugą w Plebiscycie na Sportowca Roku - Igę Świątek. Przypomnę, że polska tenisistka znalazła się tuż za plecami Roberta Lewandowskiego głosami kibiców.

Pomimo, że jestem w lekkim szoku, z drugiej strony niespecjalnie mnie dziwi fakt, tego co wydarzyło po odpadnięciu Igi w czwartej rundzie Australian Open. 19-latka ujawniła za chwilę, że podpisała prestiżowy kontrakt sponsorski z jedną z firm, która produkuje markowe zegarki. Fala hejtu jaka spadła na nią w social mediach, czy pod newsami, swoją wysokością i gwałtownością przypominała niszczące wszystko, co napotyka na swojej drodze tsunami. To było coś przerażającego.

W październiku Iga była na ustach wszystkich. Noszono ją na rękach po nieoczekiwanym zwycięstwie na kortach Rolandach Garrosa, czyli jednym z czterech Wielkich Szlemów. Nie chcę wyjść na jakiegoś ignoranta i chwalipiętę, ale już wtedy doświadczony własnymi historiami, miałem przekonanie, że jej największym rywalem w przyszłości będzie sukces, że zdolna dziewczyna padnie jego ofiarą i prędzej, czy później dostanie temu wyraz.

Bo zasada jest prosta. Kiedy wszedłeś już raz na szczyt, musisz na nim zostać, inaczej spadniesz z niego z hukiem, a potem jeszcze wdepczą cię w ziemię. Wracasz na start, zapominamy o tym co było i stajesz się nikim. Polskie środowisko po powodzie do dumy, satysfakcji nagle dało upust swoim emocjom. I w żużlu jest identycznie. Sport zawodowy i speedway w Polsce ma wspólny mianownik, który zawiera się w zdaniu: nie ma litości dla przegranych.

Zwracam dużą uwagę na rolę psychologów w sporcie i przy tej okazji zastanawia mnie, gdzie podziała się jedna z ważniejszych osób w sztabie Świątek - pani Daria Abramowicz. Po French Open wypinała piersi do orderów, mocno się udzielała, a teraz próżno jej szukać, choć była dużo bardziej potrzebna niż w momencie chwały. Trudno powiedzieć z czego to wynika, nie chcę nawet się domyślać i stawiać żadnych tez.

W naszym ukochanym polskim żużlu negatywni bohaterowie wyłonią już wiosną. Hejsterska koalicja zaraz przeniesie swój jad do działów traktujących o czarnym sporcie. Napinacze będą podnosić warsztat menedżerów, oceniać ich pracę, urządzać sobie strzelnicę, aby w cierpkich słowach wyklikać, co sądzą o tych, którzy przyjadą na końcu stawki. Bo kozioł ofiarny znajdzie się zawsze i nieważne, że jeszcze niedawno dawałeś temu samemu człowiekowi radość. Od zera do bohatera i na odwrót. Troll przecież nie może chodzić głodny. Musi być bez przerwy karmiony.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje