Reklama

Reklama

Żużel. Skakaliśmy do siebie jak koguciki. Gollob i Protasiewicz o swej rywalizacji

W poniedziałek nSport+ wypuściło specjalny odcinek Czarnego Charakteru, w którym Tomasz Gollob i Piotr Protasiewicz wspominali czasy wzajemnej rywalizacji. - To była epicka walka, której moim zdaniem nikt nie powtórzy. Zapisaliśmy się fajnymi zgłoskami. Czasami nerwy puszczały, ale to normalne – stwierdził Piotr Protasiewicz.

Reklama

Walka obu zawodników o jak najlepszy wynik elektryzowała polskich fanów żużla. Smaczku nadawał fakt, iż w tym samym czasie reprezentowali oni barwy Polonii Bydgoszcz. Mimo wspólnych celów mimowolnie powstała zatem otoczka wzajemnej rywalizacji, prowadząca do różnych wydarzeń.

Reklama

Tomasz Gollob: Konflikt to słowo zastępcze. Rywalizacja i chęć zwycięstwa, kto pierwszy, kto drugi - to sprawiło, że mieliśmy kolorowe lata, a dla dyscypliny zrobiliśmy wiele.
Piotr Protasiewicz:
To była epicka walka, której moim zdaniem nikt nie powtórzy. Zapisaliśmy się fajnymi zgłoskami. Oczywiście różnica osiągnięć jest wyraźna, ale w okresie wspólnej jazdy w Polonii urastało to zdaniem niektórych do rangi konfliktu. Po prostu pchała nas ambicja, dlatego zawsze chcieliśmy wygrywać. Czasami nerwy puszczały, ale to normalne.

Jak stwierdzili sami żużlowcy, posiadanie rywala wzajemnie napędzało ich do jeszcze cięższej pracy.

Piotr Protasiewicz: Niby byłem zainteresowany swoimi sprawami, ale kątem oka zawsze podpatrywałem, co robi Tomek. Kogo miałem jednak podpatrywać?
Tomasz Gollob:
Jak Piotr przyjeżdżał od mechanika, to śledziłem, co się dzieje. Raz spokojnie stałem koło taty Piotra, ale przy rozmowie spoglądałem na jego zegarek, by kontrolować czas. Pan Paweł się zorientował, dlatego w pewnym momencie poszedł na środek toru.

Chęć pokonania tego drugiego doprowadzała do absurdalnych sytuacji. - Mieliśmy niepisaną zasadę, że naprzemiennie wybieramy pole w 15 biegu. W meczu z Zieloną Górą ja miałem wybierać, a ty się postawiłeś. Między nami stał pan Tillinger, moja rodzina za mną, twoja za tobą i walczyliśmy jak koguciki, skacząc do siebie. W innym starciu, z Gdańskiem, też wszystko było jasne, a w ostatnim wyścigu prowadzimy 5:1. Nagle ja tobie wjechałem w koło, potem w parkingu miałem pretensję, że mi zajechałeś. Jak zobaczyłem na spokojnie sytuację, to sam stwierdziłem, że opowiadam bzdury - stwierdził Protasiewicz.

W tej rywalizacji nie brakowało też dramatycznych momentów. Podczas finału Złotego Kasku obaj wzięli udział w potężnej kraksie, która skończyła się dla nich poważnymi kontuzjami. Dla Golloba było to o tyle trudne, iż urazy nie pozwoliły mu obronić pierwszej pozycji w generalnej klasyfikacji cyklu Grand Prix. Po latach żużlowcy nie mają jednak do siebie pretensji.

Piotr Protasiewicz: Kiedy się ocknąłem, rozglądałem się, po czym stwierdziłem, że tobie chyba bardziej potrzebny jest lekarz. Ja liczyłem na wyjście z sytuacji bez szwanku, ale później wyszło otwarte złamanie obojczyka. Kraksa położyła sezon Polonii, bo byliśmy za mocni, by ktoś nas pokonał.
Tomasz Gollob:
Wszedłem w pierwszy łuk i pojechałem za szybko, zahaczając przednim kołem o tylne rywala. Myślałem, że nikogo już nie ma, dlatego chciałem się delikatnie ślizgnąć. Nagle zobaczyłem kask, co nakręciło mi gaz.

Wiele emocji przyniosły także indywidualne mistrzostwa Polski z 1999 roku, rozgrywane w Bydgoszczy. Protasiewicz i Gollob musieli stoczyć decydujący bieg o miano mistrza. W nim doszło do kolizji, po której upadł zielonogórzanin, a wychowanek Polonii został wykluczony. - Wydawało mi się, że wyprzedzając, jechałem dobrze. Było ciasno, Piotrek się przewrócił. Miałem problem do sędziego o wykluczenie, ale taka decyzja zawsze jest trudna dla zawodnika, gdy traci on w ten sposób szansę na tytuł - wspomniał sytuację mistrz świata z 2010 roku.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Protasiewicz | Tomasz Gollob | Polonia Bydgoszcz | sport | żużel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama