Reklama

Reklama

Żużel. Scott Nicholls. Weteran Grand Prix, który bił się z rywalem przy 60 tysiącach ludzi

Gdy urodzony w Ipswich zawodnik zdobywał medale w juniorskich imprezach i stopniowo coraz mocniej pukał do bram cyklu Grand Prix, w Wielkiej Brytanii wierzono, że może być następcą wielkich mistrzów, z najlepszym żużlowcem świata roku 2000, Markiem Loramem włącznie. Ostatecznie Scott Nicholls nie spełnił pokładanych w nim nadziei i poza kilkoma podiami w pojedynczych turniejach oraz bójką z Emilem Sajtutdinowem niczym się nie wyróżnił.

Dobrze się zapowiadał

Żużlowiec zwrócił na siebie uwagę już jako młodzieżowiec, bowiem wówczas w Wielkiej Brytaniii była era wielkich nazwisk, takich jak: Mark Loram, Joe Screen, Martin Dugard czy Andy Smith. Coraz odważniej w ten świat wchodzili także Lee Richardson, Carl Stonehewer czy właśnie Scott Nicholls. Wszyscy odnosili sukcesy, Richardson został nawet mistrzem świata juniorów. Scottowi się ta sztuka nie udała, ale także ma na swoim koncie medal przywieziony z młodzieżowego czempionatu. W 1997 roku w czeskim Mseno zdobył brąz, pokonując kilka późniejszych gwiazd żużla - Andreasa Jonssona, Nickiego Pedersena czy Grzegorza Walaska. Wydawało się, że wkrótce będzie walczył o medale już w dorosłej formie rywalizacji.

Reklama

Szybko pojawił się także w lidze polskiej. Trafił najpierw do Gniezna, później do Leszna, a następnie wylądował we Wrocławiu, gdzie przeżywał najlepszy zdecydowanie okres w swojej karierze. Jako etatowy reprezentant Wielkiej Brytanii kolekcjonował medale zdobywane wówczas w Drużynowym Pucharze Świata, w którym jego kadra miała dużo do powiedzenia, dysponując jeszcze wtedy bardzo solidnym składem. Nicholls pojawiał się także w turniejach GP jako dzika karta, ale furory nie robił. Mówiło się, że jeśli tylko dostanie poważną szansę jako stały uczestnik, to będzie w stanie zagrozić najlepszym. I taką właśnie szansę otrzymał w 2002 roku.

Dużo szans, mało sukcesów

Nicholls łącznie wystartował w ponad 80 turniejach Grand Prix, ale tylko pięć razy udało mu się stanąć na podium. Ani razu nie wygrał. Po raz pierwszy na pudle stał w Sydney 2002. Kolejne dwa podia zaliczył w swoim życiowym sezonie 2003, kiedy to w trójce najlepszych znalazł się dwukrotnie z rzędu. Był trzeci w Krsko i drugi chwilę później w Goeteborgu. Na następne podobne wyniki czekał trzy lata i w 2006 roku w Lonigo przegrał tylko z Jasonem Crumpem. W 2007 zaś w Krsko uległ nieprawdopodobnemu wówczas Nickiemu Pedersenowi, który zresztą tamten i następny sezon zakończył z tytułem indywidualnego mistrza świata. Po sezonie 2009 wypadł z elity i pojawiał się już tylko epizodycznie jako dzika karta, niczego ciekawego nie pokazując.

Jak na tyle lat startów, wyniki Nichollsa w rywalizacji ze światowymi gwiazdami były mizerne. Nigdy nie włączył się do walki o medale końcowej klasyfikacji, choć we wspomnianym 2003 roku być może miał ku temu możliwości. Najczęściej oscylował w granicach 8-12 miejsca na koniec cyklu, miewając pojedyncze lepsze lub gorsze występy. W statystykach figuruje jako jeden z tych, którzy mają najwięcej występów w cyklu jako stały uczestnik w całej jego historii. Nie przełożyło się to jednak na wyniki, bo sportowo Nicholls nie był w stanie dorównać tuzom tamtych czasów: Crumpowi, Rickardssonowi, Gollobowi czy Pedersenowi.

Bójka przy pełnym stadionie

Przeciętny kibic zapytany o skojarzenia z Nichollsem odpowie... Emil Sajfutdinow. To właśnie ci dwaj panowie rozgrzali publiczność w Cardiff podczas turnieju rozgrywanego w 2009 roku. Co ciekawe, zrobili to wcale nie podczas biegu, tylko już po nim. Sam wyścig wygrał Sebastian Ułamek, ale to nie on był głównym bohaterem. Sajfutdinow miał pretensje do Nichollsa o zbyt ostrą jazdę na ostatnim wirażu, kiedy to Brytyjczyk mocno go wywiózł. Podjechał więc do niego po biegu i zaczął mocno gestykulować. Panowie zetknęli się kaskami i jechali tak aż do bramy parkingowej, gdzie zeszli - a w zasadzie spadli - z motocykli i zaczęli regularnie się okładać.

Wyglądało to jak prawdziwa walka bokserska, bo ciosy zadawane były jeden po drugim. Nicholls aż się przewrócił. W końcu żenującą scenę przerwały postronne osoby, ale ciąg dalszy miał miejsce w parku maszyn. Schodzącego Nichollsa odepchnął jeden z członków ekipy rywala i ten miał już ochotę za nim pobiec, lecz został powstrzymany. W całej scysji najdziwniejsze jest to, że obaj zawodnicy byli raczej postrzegani jako spokojni i w stawce GP było kilku innych, znacznie bardziej impulsywnych. Koniec końców jednak zajście rozeszło się po kościach, a zawodnicy nie pałali do siebie złością. Nicholls niemniej bardziej niż ze sportowych występów w elicie kojarzony jest właśnie z laniem się po twarzy przy pełnym stadionie. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje