Reklama

Reklama

Żużel. Rzeszów nie był pierwszy. Największe torowe skandale ostatnich lat

Polski żużel i torowe skandale to naczynia połączone. Tylko w ostatnich latach kibice byli świadkami blamażu w pierwszym, historycznym Grand Prix na Stadionie Narodowym, pamiętnego 75:0 w Lesznie, czy odwołania Złotego Kasku przez zły stan obiektu w Pile. Do „elitarnego” grona w minioną niedzielę dołączył Rzeszów, gdzie arbiter zarządził walkower na korzyść OK Bedmet Kolejarza.

Od kilku dobrych dni cała Polska żyje skandalem z udziałem 7R Stolaro Stali. W pierwszą niedzielę czerwca podopieczni Michała Widery mieli odjechać swoje pierwsze domowe spotkanie w sezonie 2021. Zamiast święta żużla mieliśmy blamaż. Pomimo pięknej pogody sędzia przyznał walkower na korzyść gości z Opola, a wszystko przez zły stan toru.

Co prawda gospodarze napisali już odwołanie i liczą na powtórzenie meczu. Nie wróżymy im jednak sukcesu. Na otuchę dodamy, że nie jest to pierwsza taka sytuacja w ciągu kilku ostatnich lat. Polski żużel niemal co roku funduje nam emocje pozasportowe, a na pewno nie działa to na korzyść dyscypliny w naszym kraju.

Reklama

Cyrk na Narodowym

To miało być wielkie święto nie tylko polskiego, ale i światowego żużla. W 2015 roku po raz pierwszy w historii cykl Grand Prix zawitał na największy obiekt sportowy w naszym kraju, czyli Stadion Narodowy w Warszawie. Stolica, komplet sprzedanych biletów. To wszystko brzmiało jak piękny sen. Piękny sen, który skończył się w sobotni wieczór zanim na dobre się rozpoczął.

Już podczas piątkowych treningów zawodnicy narzekali na fatalny stan toru. Niektórzy z nich nie chcieli ryzykować i wręcz odmówili wyjazdu. Całe środowisko było wówczas w szoku, bowiem układaniem nawierzchni zajął się sam Ole Olsen, czyli jeden z najlepszych specjalistów na świecie i zarazem człowiek z ogromnym doświadczeniem. Pomimo tego, zachowywano względny spokój. Liczono na to, że całonocne prace przyniosą pożądany skutek i kibice dzień później obejrzą widowiskowe zawody.

Tak się jednak nie stało. Cały turniej okazał się jedną wielką klapą, a tor po pierwszej serii startów zaczął się rozsypywać. Na domiar złego awarii uległa maszyna startowa, przez co zawodnicy musieli startować na zielone światło. Taka sytuacja w cyklu Grand Prix nigdy nie miała miejsca. Sfrustrowani byli nie tylko główni aktorzy dnia, ale i kibice, którzy zaczęli opuszczać trybuny po dwunastym biegu, jeszcze przed oficjalną decyzją o przerwaniu i zakończeniu rywalizacji.

Fani mieli rację. Szesnastu najlepszych jeźdźców świata zrezygnowało z dalszej jazdy, a skandaliczny turniej padł łupem Mateja Zagara. Organizatorzy długo nie mogli podnieść się po zaistniałej sytuacji. Kolejna edycja rywalizacji o indywidualne mistrzostwa świata w Warszawie odbyła się już bez przeszkód, a kibice w ramach rekompensaty otrzymali darmowe wejściówki na mecz Polska - Reszta Świata.

Gwóźdź do trumny pilskiego żużla

Na ten dzień kibice w Pile czekali długie miesiące. 20 kwietnia 2019 na tor przy ulicy Bydgoskiej zawitała czołówka polskiego żużla, która miała rywalizować w finale Złotego Kasku. Stawką był oczywiście nie tylko prestiż, ale i miejsca w eliminacjach do cyklu Grand Prix. Nic więc dziwnego, że żyło tym dosłownie całe miasto. Polonia rywalizowała bowiem w drugiej lidze, a próżno szukać tam takich nazwisk jak Maciej Janowski, Piotr Pawlicki czy Janusz Kołodziej.

W parze z kosmicznym poziomem zawodów nie poszedł jednak stan tamtejszego obiektu. Niemal cała stawka zwracała uwagę na wystające krawężniki, bandy czy nawet samo przygotowanie toru, wprawiając tym samym w osłupienie organizatorów. Ostatecznie do turnieju nawet nie doszło, a kibice winą za to obarczyli oczywiście żużlowców. Szczególnie oberwało się Piotrowi Pawlickiemu, który udzielił pamiętnego wywiadu dla telewizji Polsat Sport.

- Wielu z nas przyjechało tutaj wiele kilometrów, niestety, tor nie został regulaminowo przygotowany. Nie chodzi tu o nawierzchnię, ale o bandy i krawężniki. To jest bardzo niebezpieczne. My osiągamy spore prędkości w trakcie jazdy. Podjęliśmy wszyscy taką, a nie inną decyzję, przykro nam bardzo z tego powodu - oznajmił.

Jak się okazało, wydarzenie miało przykre skutki dla całego pilskiego żużla. Główna Komisja Sportu Żużlowego niezwłocznie postanowiła zawiesić licencję tamtejszego toru. Po jej przywróceniu wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Nic bardziej mylnego. Nawierzchnia rozsypywała się jeszcze bardziej z meczu na mecz, czego kwintesencją był walkower w meczu z PSŻ-em Poznań. Dodatkowo Polonia borykała się z coraz większymi problemami finansowymi, a te spowodowały wycofanie się klubu z rozgrywek. Ligowy żużel nie powrócił do tego miasta po dziś dzień.

Trening przy kilku tysiącach kibiców

2 czerwca 2013 roku Fogo Unia podejmowała Marmę Rzeszów. Podejmowała to chyba nie najlepsze określenie, bowiem zamiast meczu kibice zgromadzeni na trybunach obejrzeli jeden wielki trening gospodarzy. Goście widząc stan toru odmówili wzięcia udziału w meczu i nawet nie przebrali się w kevlary. Zupełnie inne zdanie na ten temat miał arbiter, który ostatecznie wydał zgodę na start rywalizacji.

Summa summarum fani oglądali w akcji tylko i wyłącznie miejscowych, rywalizujących samych ze sobą. Pojedynek zakończył się wynikiem 75:0, a przy nazwiskach reprezentantów gości widniały same literki "W". Miało być wielkie święto, a zakończyło się treningiem przy pięciotysięcznej publiczności. Nic więc dziwnego, że sprawą kilka tygodni później zajęła się Komisja Orzekająca Ligi. Fogo Unia zapłaciła 158 tysięcy, a Marma 255 tysięcy złotych kary.

- A ja się zastanawiam, jak to jest, że wygraliśmy mecz i zostaliśmy ukarani? Nigdy jeszcze się z czymś takim nie spotkałem. Na pewno złożymy odwołanie - grzmiał na łamach Przeglądu Sportowego ówczesny prezes leszczyńskiego klubu, Józef Dworakowski. - My uczynimy to samo, bo nie zgadzamy się z werdyktem komisji. Czekamy na uzasadnienie, bo na dobrą sprawę nie wiemy, za co mamy płacić - dodała Marta Półtorak.

Stracili medal na własne życzenie

W sezonie 2020 Eltrox Włókniarz pewnym krokiem zmierzał ku fazie play-off. Częstochowianie do pełni szczęścia potrzebowali tylko ustabilizowania formy na domowym obiekcie. Sprawy w swoje ręce postanowił wziąć wówczas prezes - Michał Świącik. Sternik klubu chwalił się tym nawet w mediach społecznościowych. Ostatecznie przejęcie roli toromistrza okazało się dla niego zgubne w skutkach.

21 sierpnia na obiekt przy ulicy Olsztyńskiej zawitała rosnąca w siłę Moje Bermudy Stal. Już na kilka godzin przed meczem dochodziły do nas niepokojące sygnały. Nerwy puściły Markowi Cieślakowi, ówczesnemu trenerowi "Lwów". Doświadczony szkoleniowiec nie potrafił zaakceptować ingerencji prezesa w przygotowanie toru i jeszcze o poranku rozstał się z klubem w nie najlepszych nastrojach.

Jak się później okazało, 70-latek miał rację. Ostatecznie do spotkania nie doszło. Pomimo dobrej pogody, nawierzchnia nie nadawała się do jazdy. Trzy punkty powędrowały więc do Gorzowa, a Eltrox Włókniarz pożegnał się przez to ze strefą medalową. Mało? Obiekt w Częstochowie utracił licencję i swój ostatni domowy mecz żużlowcy byli zmuszeni odjechać w Rybniku. Dostało się także Michałowi Świącikowi, który otrzymał zakaz przebywania w parku maszyn do końca sezonu. Niektórzy kibice nie mogą wybaczyć mu tego do dziś.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje