Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców: Witold Skrzydlewski: Chcieli mnie zabić i wrobić w aferę z łowcami skór

Od 15 lat rządzi Orłem Łódź. Wpompował w ten klub miliony. Jednak Witold Skrzydlewski bardziej znany jest, jako król nekrobiznesu, który ma Chryslera z kryształową podłogą. – Drugi raz bym jednak zakładu pogrzebowego nie otworzył. Chcieli mnie zabić, wrobili mnie w aferę z łowcami skór. A ja jestem człowiekiem, który kocha kwiaty – mówi nam Skrzydlewski.

Dariusz Ostafiński, Interia: Przeczytałem, że w żużlu znalazł się pan, bo córka tego chciała.

Reklama

Witold Skrzydlewski, właściciel i sponsor Orła Łódź, szef firmy pogrzebowej: Dotąd nie jestem kibicem żużla. Dopiero dwa lata temu dowiedziałem się, ile oni kółek jadą. Wcześniej zastanawiałem się, czy pięć, czy sześć, a okazało się, że cztery.

A wracając do pytania?

- To było tak, że na pierwszy mecz drużyny żużlowej w Łodzi poszedłem z córką, a jak wiadomo, każdy tata ma kota na punkcie córki. Jej się spodobało, zaczęła mnie namawiać, więc chodzenie zamieniło się w coś więcej. Płaciłem złotówki, dolary, bo prosili w klubie, żebym pomógł. Tyle że pieniądze nie szły do zawodników, bo inni sobie te pieniądze brali. Ten zespół wszystko w drugiej lidze przegrywał, to było dno dna. W końcu powiedziałem córce: nie będę dawał na nierobów.

Wtedy?

- Ona poszła do mamy, a u nas w rodzinie jest model włoski, więc mama mnie wezwała i mówi: synek, to moja wnuczka, masz jej pomagać. Ja mamie tłumaczę, że pieniądze w błoto wyrzucam i mówię, co tam się w klubie dzieje. Ona na to: załóż swój klub. To wziąłem pracowników i tak zrobiłem. Ludzie myśleli, że nazwiemy klub Skrzydlewska, ale ja wymyśliłem Orła, bo w logo naszej firmy pogrzebowej są skrzydełka, więc pasowało. Ledwo jednak zaczęliśmy, a pojawiły się kłopoty.

Jakie?

- Ustawiła się kolejka ludzi, którzy chcieli od nas kasę. Poszliśmy jednak do sądu i dostaliśmy wyrok, że nie jesteśmy prawnym spadkobiercą poprzedniej organizacji żużlowej. Z jakiej racji miałem za czyjeś długi odpowiadać?

A dalej?

- Dalej zaczęliśmy pracować na wiarygodność. Na początku było tak, że jak przyjechał gość z granitem, który trzeba było wysypać na tor, to zanim podniósł wajchę i wyrzucił materiał, to trzeba mu było zapłacić. Zawodnicy, którzy wcześniej byli oszukiwaniu podpisywali umowy, ale przed meczem musieliśmy płacić zaliczkę, a resztę zaraz po.

Teraz wszyscy mówią, że Skrzydlewski jest pewnym płatnikiem.

Bo u mnie jest tak, że jak się na coś umawiam, to nie potrzebuję papieru. Jeśli ktoś chce jakichś papierów, to ja z nim nie rozmawiam, bo wiem, że ktoś zakłada kłopoty. Mówię takiego delikwentowi, jak nie masz do mnie zaufania, to po co masz u mnie jeździć.

Szybko stworzył pan stabilny klub, ale długo nie potrafił pan uzyskać sportowego awansu.

- W drugim roku mogłem wejść do pierwszej ligi, ale nie byłem tym zainteresowany. Uznałem, że to nie ma sensu, jak na mecze chodzi po 200 ludzi. W trzecim roku zdecydowaliśmy jednak, że awansujemy. Wtedy okazało się, że przegraliśmy ostatni, bardzo ważny mecz. W następnym sezonie była powtórka. Ja się piłką interesuję, a pod Łodzią jest taki klub, którego nazwy nie wymienię, ale tam było tak, że zawodnicy jesienią grali super, a wiosną odpuszczali. Wielu z nich zdawało sobie sprawę, że jak będzie awans to kaska się skończy.

Pana zawodnicy myśleli tak samo?

- Dokładnie, ale ja się w tym połapałem. I w trzecim roku walki o awans zrobiłem taką akcję, że przed ważnym meczem w Rawiczu przyjechałem do Leszna, gdzie nasi nocowali, i zaproponowałem naszej drużynie, że jak wygrają wszystkie mecze, to ja płacę, a jak nie, to wycofuję zespół z rozgrywek. Dałem im czas do namysłu i poszedłem z trenerem na kawkę. Jak wróciłem do nich, to powiedzieli: tak, ale ja jestem stary żyd, czego się nie wstydzę, i pokazałem im dokument, na którym była adnotacja, że jak przegrają, to zrzekają się kasy. Kazałem im podpisać. No to zrobił się szum, więc powiedziałem, że teraz pójdę z trenerem na ciasteczko, a oni mają pomyśleć. Kiedy wróciłem, usłyszałem ponownie: tak. Wygraliśmy w Rawiczu, potem z Lublinem i awansowaliśmy. Tak to się skończyło.

Problem w tym, że córka pana z tym bałaganem zostawiła.

- To nie tak. Ona dalej się tym interesuje, ale ona jest politykiem, a jak się nim jest, to nie można się z jednym klubem identyfikować. Jakby była na meczu w parku maszyn, to zaraz by jej to wyciągnęli. Ona jest wiceprezydentem Łodzi, ma w pionie sport i to są dla mnie kłopoty. Sam musiałem zrezygnować z bycia prezesem klubu, bo każdy tylko patrzy i myśli, jak tu aferę zrobić z tego, że córka daje ojcu na klub. Swoje dziecko kocham, ale przez to wszystko mam pod górkę.

Ile to już lat jest pan z Orłem?

- Piętnaście. Te lata to także miliony pieniędzy, które w to wszystko włożyłem.

Ile milionów?

- Wiem, ale nie powiem.

A o wejściu do PGE Ekstraligi pan marzy?

- Już dwa razy awansowaliśmy, ale nie skorzystaliśmy. Raz skorzystał na tym, GKM Grudziądz, drugi raz Włókniarz Częstochowa.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama