Reklama

Reklama

Żużel. Rozmowa Bez Hamulców. Rufin Sokołowski: Dworakowskiego nie lubię, a na sponsoring mógłbym dać 242 miliony

Rufin Sokołowski pełnił funkcję prezesa Unii Leszno w latach 1994-2004. Odszedł, bo nie miał siły przepychać się z ludźmi, którzy kopali pod nim dołki. W tym gronie był m.in. jego następca i obecny udziałowiec klubu Józef Dworakowski. Pięć lat temu ktoś spalił mu samochody i fabryki. Stracił majątek. W obawie o życie żona nie wychodziła z domu, a syna ukrył przed światem.

Kamil Hynek, Interia: Zaczniemy od cytatu. "Zastał Unię Leszno drewnianą, a zostawił murowaną". Na pewno doskonale pan wie, kto to powiedział.

Rufin Sokołowski, prezes Unii Leszno w latach 1994-2004: Zastrzegam od razu, że nie lubię faceta.

Wiedziałem, że zagadka nie będzie trudna.

- Trzeba sobie zadać pytanie, kim jest w ogóle Józef Dworakowski i skąd się wziął? W tym czasie, kiedy on robił pieniądze, ja już miałem dwie swoje firmy i siedziałem na stadionie. Gość dorobił się na sprowadzaniu używanych części do maszyn rolniczych i pucowaniu tabliczek znamionowych. No i przyszedł taki moment, że brakowało mu do szczęścia tylko sławy. W ciągu dziesięciu lat swojej prezesury nie wypowiedziałem do kibiców tylu słów przez mikrofon, co on w trakcie jednego meczu. Obraził się na mnie kilka razy.

Reklama

O co?

Np. o to, że na jednym z walnych zgromadzeń członków klubu wymieniając sponsorów w kolejności środków wniesionych do klubu jego firmę Agromix wyczytałem na czterdziestym pierwszym miejscu.

Naprawdę dokładnie pamięta pan tę liczbę?

- Płacił zawodnikom za reklamowanie firmy. A żużlowcy w dużej większości, to są tacy ludzie, którzy - jak mawiał trener Osowski - za złotówkę daliby sobie tyłek ogolić. Pamiętam, jak przychodził na odprawy z zawodnikami, przemawiał po pięć-sześć godzin, a oni stali i kiwali głowami... a zresztą, mogę opowiedzieć trzy zabawne anegdoty?

Proszę bardzo.

- Przychodzi do mnie Dworakowski na małym rauszu, a warto zaznaczyć, że nie pełnił jeszcze żadnej funkcji w klubie. To mniej więcej tak jakby normalny człowiek wpadł do gabinetu prezesa z ulicy. Zagaja: wiesz co - bo byliśmy "na Ty" - dyskutowałem z jednym niesamowitym specjalistą od biorytmów ze Wschowy i on wyliczył, że 28.04 w czasie spotkania Unii Leszno ten wskaźnik biorytmu u jednego z juniorów będzie w szczycie, a biorytm młodzieżowca Kasprzaka znajdzie się w samym dole. W związku z tym powinien wystąpić ten pierwszy. Odpowiedziałem, że biorytmy może się i zgadzają, ale Kasprzak w najniższym poziomie swoich umiejętności jest lepszy niż jego konkurent, gdy osiągnie top formę.

A ta druga i trzecia?

- Inna sytuacja, po której o mały włos nie spadły mi kapcie z wrażenia. Z ogromną werwą w głosie opowiadał jak to był u niego doświadczony kibic, który od dwudziestu lat siedzi na wyjściu z drugiego łuku i jego zdaniem, wszyscy zawodnicy Unii Leszno, łącznie z Leigh Adamsem źle wychodzą z tego wirażu i trener musi nad tym elementem popracować. Dobre, nie? Opowiem panu jeszcze o paru zdarzeniach, o których mało kto wie.

Ta druga naprawdę niezła, ale zamieniam się więc w słuch.

- W połowie stycznia 2003 roku siedzę sobie w firmie i nagle dzwoni komórka. To był Dworakowski. Strasznie przejęty pyta, czy mógłbym do niego przyjechać, bo jest bardzo ważna sprawa do omówienia, ale nie może powiedzieć przez telefon o co chodzi. Wsiadłem w auto i udałem się w stronę Rojęczyna, gdzie miał siedzibę jego Agromix. Pani sekretarka wprowadziła mnie do jakiejś sali narad. A na środku suto zastawiony szwedzki stół zawalony jedzeniem i napojami, wokół wszyscy żużlowcy Unii Leszno i gromada lokalnych dziennikarzy. Dworakowski zaczyna płomienną przemowę: gdyby zawodnicy Unii zarabiali więcej, to przeznaczyliby tę kasę na sprzęt i wtedy osiągaliby lepsze wyniki, a to opłaciłoby się, ponieważ kibice oczekują dobrego wyniku sportowego. To oznacza, że klubowi zwróciłoby się to nawiązką. A ja na tamten czas miałem już w szufladzie podpisane kontrakty ze wszystkimi zawodnikami. Było już po negocjacjach, a ten wypala mi z takim tekstem. Pan to rozumie?

I co było dalej?

- Zawodnicy w ekstazie. Bili mu brawo, no bo zwietrzyli szansę na większy zarobek. Zaproponował podniesienie wynagrodzenia zawodnikom o pięćdziesiąt procent! A jeżeli by się zdarzyło, że klub na koniec sezonu złapie zadyszkę finansową, to on tę różnicę zasypie z własnych pieniędzy. Następnego dnia lokalna gazeta, bodaj ABC, napisała w nagłówku: Józef Dworakowski gwarancją wypłacalności Unii Leszno.

I na czym stanęło?

Dostali tę podwyżkę. Ale jak minął sezon, Dworakowski wypiął na Unię cztery litery. Obraził się na dyrektora firmy Akwawit i już go nie interesowało ile należy zawodnikom dopłacić. Ale zrobił rzecz dużo gorszą. Unia z wszystkich możliwych środków do wyjęcia z miasta, za całą moją dziesięcioletnią kadencję otrzymała 1,5 miliona złotych. A Unia do skarbonki kasy miasta wrzuciła w zamian 5,2 miliona.

Ale z tą gorszą rzeczą?

- Już tłumaczę. Na ten wkład składały się dwie operacje. My jako Unia Leszno wychodziliśmy dwa miliony dotacji z rządu na budowę oświetlenia na stadionie Smoczyka. Te pieniądze wpłynęły do miasta, ale Ratusz odmówił ich przyjęcia. I jednym z sojuszników tego, aby ta dotacja nie trafiła na konto miasta był właśnie Dworakowski. I teraz drugi aspekt tej historii. Piastowałem funkcję wiceprzewodniczącego rady i Miasto Leszno sprzedawało jakąś działkę, o której się dowiedziałem, że ma zaniżoną wartość. Dzisiaj stoi tam Kaufland. Pole było wycenione na ok. milion, a jeden z członków zarządu przyniósł informację, że ktoś w pobliżu chciał kupić zabudowane nieruchomości płacąc 270 zł za metr kwadratowy. 17500 metrów, co przy tej cenie daje 4,2 miliona, a miasto wystawiało ją za 1,850. Jak to usłyszałem, wyciągnąłem z gabinetu prezydenta miasta, zawiozłem go do tego kolegi z zarządu. Żeby mu to powtórzył. Prosiłem prezydenta żeby wycofał się z tego przetargu i wykonał nową wycenę terenów. Deweloperzy przecież dogadają się między sobą i wystrychną Miasto na dudka. Prezydent odparł, że nie wykona kroku wstecz, bo jak będzie 2,5 miliona to możemy się nazwać mistrzami świata, a jak powyżej trzech, to nadwyżka jest dla Unii Leszno.

Pewnie jak wytrawny strateg już pan obmyślał plan, jak o tę górkę zahaczyć. Na tamte czasy, to była przecież fortuna.

- Wystawiliśmy swoją podstawioną firmę. Zrzuciliśmy się na 300 tys. wadium i stanęliśmy do przetargu. Już w pierwszej minucie od naszego wejścia na salę, tam gdzie się odbywała licytacja, podbił do nas jakiś człowiek proponując 100 tys. żebyśmy tylko nie stawali do przetargu. Cena wywoławcza wynosiła 1,850 miliona, a nasz przedstawiciel bez zbędnych ceregieli od razu krzyknął 2,5 miliona. Lawina się ruszyła. Wie pan za ile poszła działka?

Nie będę strzelał.

- Za pięć baniek. Najpierw prezydent wpadł w euforię, ale jak już zszedł na ziemię i miało dojść do wypłaty obiecanej górki, kieszeń zaczęła się kurczyć. Zrobiło się nieprzyjemne zwarcie. Zorganizowano nieoficjalne spotkanie władz Miasta z zarządem Unii Leszno. Miasto reprezentował prezydent Tomasz Malepszy, przewodniczący rady - Wojciech Rajewski oraz dwóch doradców ds. żużlowych...

...Chyba się domyślam, kto był jednym z tych doradców.

- To ja pana nie wyprowadzę z błędu. Jednym z nich był Dworakowski i o dziwo Waldemar Ciesiółka, który dziś jest też jednym z udziałowców spółki, a wtedy był członkiem zarządu. Wysłannikami z ramienia Unii byli wiceprezes Leszek Jankowski, skarbnik - Jacek Majchrzak, Stefan Grys, czyli szef Akwawitu, którego ja zaprosiłem, bo prezydent powiedział żeby tylko jego nie było i ja. Pan prezydent poprosił o zabranie głosu Józefa Dworakowskiego, który znakomicie zna się na czarnym sporcie. Pan Józek wygłosił monolog, że my jesteśmy niegospodarni, że wydaliśmy na wicemistrzostwo Polski aż dwa miliony złotych, a według jego wyliczeń speedway w Lesznie można utrzymać na poziomie 1,2 miliona. I generalnie klub nie powinien dostawać żadnych dotacji. W rezultacie kłótni, która tam powstała, otrzymaliśmy 600 tys., a Dworakowski oznajmił nam na odchodne, że on także się dołoży i pożyczył nam dwieście tysięcy, których zwrotu pod rygorem sprawy sądowej zażądał już po pół roku. Czyli nie dość, że nie dotrzymał danego słowa, które wywołało gigantyczne koszty dla klubu, to jeszcze zablokował nam prawie półtorej miliona i gadał, że klub powinien działać jak przedsiębiorstwo i nie korzystać z dotacji miejskich. Notabene on sam wygarnął z Ratusza przeszło 30 milionów w gotówce! I to są te główne powody, dla których go nie lubię. Tyle.

W Lesznie nie ma też już stowarzyszenia. Pamiętam, że jak parę lat temu dyskutowaliśmy, to jego likwidacja również pana mocno zabolała.

- Od 1938 roku w Lesznie nieprzerwanie, do mojego odejścia istniało stowarzyszenia KS Unia Leszno. Moje miejsce zajął Dworakowski, który jako zarząd Unii Leszno podjął decyzję o przekazaniu na własność sekcji żużlowej spółce akcyjnej Unii Leszno. A ona składa się już tylko z pięciu prywatnych osób fizycznych, w tym Dworakowskiego jako głównego sponsora. Czyli de facto przekazał ją samemu sobie. Ta spółka miała kapitał 500 tys. zł i za te pieniądze spółka spłaciła wszystkie zobowiązania stowarzyszenia, kupiła Hampela i zdobyła mistrzostwo Polski. Rozumie pan to? Dla prywatyzacji potrzebny był taki obraz stowarzyszenia, które niby leży na łopatkach, że bez Dworakowskiego i jego kumpli nie jest w stanie przetrwać. Niestety mieli ku temu sojuszników w tym m.in. miasto, które odmówiło nam budowy oświetlenia. A bez masztów zostaniemy administracyjnie zdegradowana do niższej ligi. I tak na koniec tego wątku żeby wszyscy dokładnie wiedzieli, pan Józef Dworakowski i spółka mogą sprzedać Unię Leszno i jej miejsce w lidze każdemu kto da większe pieniądze. I Dworakowski nie zastał Unii drewnianej, bo my ciągle byliśmy w top pięć ligi, on ją zlikwidował! Bo to już nie jest ta Unia Leszno, która była. To jest jego biznes. A jeśli chełpi się tak, że zostawił już murowaną, to niech sobie odliczy te kilkadziesiąt baniek z miasta, które zaksięgował.

A kiedy ostatni raz rozmawiał pan z Dworakowskim?

- A chyba wtedy, gdy próbował opowiadać, że maszty oświetleniowe powinny być usytuowane w trybunach, a nie za stadionem, bo wyjdzie taniej. Ale przecież on i tak za to nie płacił.

A to już bardzo dawno

- Ale ja nie mam z nim o czym rozmawiać.

Nie próbowaliście zażegnać konfliktu, pójść na kawę, wyjaśnić sobie wszystkie niesnaski?

- Tutaj nie ma mowy o konflikcie. Zawsze chciałem i próbowałem doprowadzić do spotkania w studiu telewizyjnym. Na zasadzie konfrontacji podyskutować o historii leszczyńskiego żużla. Taka wojna na argumenty.

W formie debaty.

- No właśnie. Wtedy możemy sobie spojrzeć w oczy i poopowiadać, kto jaką Unię zastał.

Dlaczego w takim razie pan kojarzony jest z długami, że zostawił pan klub w fatalnej kondycji finansowej, na spalonej ziemi, a Józef Dworakowski przedstawiany jest jako zbawca, który wjechał do Unii na białym koniu?

- Cieszę się, że pan o to pyta. Kiedy ja obejmowałem stery w klubie, zobowiązania w Unii Leszno wobec różnych osób, firm, zawodników były równowarte rocznemu budżetowi klubu. Nam się udało wyprowadzić Unię na prostą. Tragedia nastąpiła w 2003 roku i złożyły się na to trzy aspekty, na które nie miałem wpływu. Po pierwsze - posiadaliśmy świetną umowę z browarem Lech, na promocję marki. Pamięta pan, zawodnicy jeździli w takich zielonych kombinezonach. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej zabronił wówczas reklamy piwa. Straciliśmy 100 tys. z jednej umowy. Potem zniknęła telewizja Wizja, z której wpływy szacowaliśmy na 400 tys.. I trzy - sprywatyzowano naszego głównego lokalnego darczyńcę - firmę Akwawit. Kontrakt z tym partnerem opiewał na sumę 300 tys. Szybko licząc, lekką ręką dostaliśmy po uszach o blisko okrągłą bańkę z podstawowych reklam. Liczyłem, że operacją z działką zacerujemy tę wyrwę w budżecie. Mimo to 1.01.2004 r., czyli pół roku przed moim odejściem, Unia wyszła na zero. Księgowa mówiła, że Unia dawno nie była w tak dobrej kondycji.

To jak było z tymi zobowiązaniami?

- Były tylko bieżące.

Ile?

- 1,182 miliona. W tej kwocie zawierało się 300 tys. trzyletniego układu ratalnego z ZUS-em i Urzędem Skarbowym. Poradzilibyśmy sobie z tym bez problemu. Mogliśmy tę kwotę spłacać zgodnie z zawartą przeze mnie ugodą przez 18 miesięcy. Obsługa tego procesu wynosiła 10 tys. miesięcznie, a my zarabialiśmy tyle w jeden dzień, a klub miał 3 miliony wpływów bieżących. Zostaje nam 800 tys. Tam było ok. 300 tys. pożyczek jakie zaciągnąłem w różnych firmach, a które były spłacane poprzez reklamę na stadionie. Wystawialiśmy faktury za biegi sponsorowane. Księgowo więc istniało, ale realnie nie. Ja odszedłem dzień po spotkaniu z Unią Tarnów i z mojej perspektywy sytuacja była bardzo klarowna. Wówczas władze polskiego żużla wprowadzały procesy licencyjne i proszę zauważyć, że Unia Leszno była pierwszym klubem, który na jesień dostał licencję. A jej warunkami było to, że nie można mieć zaległości wobec ZUS-u, Urzędu Skarbowego oraz zawodników. To niech mi pan teraz wytłumaczy te cuda, które spowodowały, że Unia miała od razu takie trzy zaświadczenia.

Ale forma rozstania pana bolała?

- Była zadra, ponieważ przez dziesięć lat oddawałem Bykom całego siebie, a sytuacja jest tak przedstawiana jakbym ja te pieniądze z klubu ukradł. Nie zarabiałem na nim, nie byłem na etacie. Nie przejechałem nawet jednego kilometra, nie wypiłem kawy, nie wykonałem telefonu, nie wziąłem ani jednego rachunku za hotel na koszt klubu. W księgowości Unii Leszno jest tylko jeden mój podpis za delegację - 160 zł na posiedzenie GKSŻ w Warszawie. A wzięło się to z tego, że Lukas Dryml przywiózł do klubu tłok dla szkółki i trzeba było mu zapłacić. Więcej, ja w barwach tego klubu zerwałem Achillesa i przez rok chorowałem. Ale z tego względu, że nie byłem z Unią związany żadnym papierkiem, ZUS nie uznał mi tego zdarzenia jako wypadek w pracy. A jest jeszcze kolejna ciekawa rzecz.

?

- Cały pion finansowo-księgowy, marketing, oni wszyscy zostali, a niby po mnie to już tylko zgliszcza. Opluto mnie, choć w klubie byłem dekadę wyłącznie dla idei i z miłości do Unii. Po mnie sprywatyzowano Unię, trzystu członków stowarzyszenia usunięto. Zrobili sobie z klubu prywatny folwark i z tym się nie mogę najbardziej pogodzić.

A dlaczego pan się poddał i odszedł z klubu? Nie uśmiechało się już panu użerać z narastającą liczbą adwersarzy?

- Tak jak wspomniałem, PZM wprowadził obowiązek licencyjny. Jednym z wymogów było oświetlenie na stadionie im. Alfreda Smoczyka. Miastem rządził antyżużlowy prezydent - Tomasz Malepszy. Było wiadomo, że oni żadnych pieniędzy nie dadzą. Zapoczątkowaliśmy proces pozyskania tej kasy. Tak się fajnie złożyło, że ministrem edukacji i sportu była Krystyna Łybacka. Znałem ją bardzo dobrze. Szefem konfederacji sportu był obecny prezes PKOl - Andrzej Kraśnicki. Jego znał jeden z członków zarządu. W SLD trwała wewnętrzna walka, a leszczyński i kaliski okręg wyborczy połączono w jeden. W Lesznie szefem partii był Ryszard Hayn. Straszny wróg żużlowej Unii, a z Kalisza wybrano Marka Wagnera, który był szefem kancelarii premiera Leszka Millera. Bardzo mocno się z Wagnerem zaprzyjaźniłem. Któregoś popołudnia zadzwonił telefon stacjonarny. Odebrała żona. Ze śmiechem odparła żebym sobie wziął słuchawkę, bo jakaś kobieta sobie chyba robi jaja udając, że dzwoni z kancelarii premiera. Podszedłem do aparatu, a tam pani o przyjemnym głosie oznajmiła mi, że właśnie przełącza mnie do ministra Wagnera. Nie bawiąc się w żadne wstępy, od razu przekazał, że ma dla mnie znakomitą informację. - Przed chwilą odbyło się prezydium rządu i na wniosek minister Łybackiej, zaklepaliśmy program finansowania oświetlenia dla stadionów żużlowych. Na razie na liście widnieje tylko jeden, ale jest to obiekt Unii Leszno. Masz na to dwa miliony - zakomunikował. Wiedziałem, że jest wytrwanym politykiem i chciałby ten przekaz odpowiednio opakować, sprzedać. Zapytałem, czy mogę powiadomić o tym fakcie opinię publiczną i powołać się na niego. Nie było przeciwwskazań. Z samego rana zatelefonowałem do Radia Elka i tam poszedł komunikat, że jak poinformował poseł ziemi leszczyńsko-kaliskiej - Marek Wagner - Unia Leszno otrzymała dwa miliony na oświetlenie stadionu.

Przeciwnikom to się raczej nie spodobało.

To wzbudziło furię wśród lokalnych ludzi, że ja buduję autorytet Wagnera. Po jakimś czasie odbieram następny telefon. Tym razem dzwonił dyrektor departamentu inwestycji z ministerstwa edukacji i sportu - pan dyrektor Pawłowski - i mówi tak. - Panie prezesie, jest trudny temat do przegadania. Miasto Leszno ma co prawda w budżecie 2 miliony na oświetlenie stadionu, ale nie mamy wniosku miasta. Ja to chowam, ale jak wpadnie NIK, to co ja mam zrobić? Niech pan doprowadzi chociaż do złożenia wniosku przez Ratusz. Byłem wiceprzewodniczącym Rady Miasta i zbliżała się czerwcowa sesja, którą miałem akurat poprowadzić, ponieważ przewodniczący udał się na urlop do Grecji. Najpierw odbyło się zebranie klubu SLD, na którym poseł Hayn przedstawił opinię, że Sokołowskiemu zamarzyło się oświetlenie za fortunę, a w szkołach to dopiero są trudne warunki. A oni najzwyczajniej w świecie bali się, że ludzie wybiorą mnie na posła i drżeli o swoje cztery litery. No ale idźmy dalej. Na spotkaniu trzeba było podjąć trzy uchwały. Tuż przed sesją prezydent dostarczył projekty tych zarządzeń. Podpisuję ten porządek obrad i to idzie do radnych, którzy mają siedem dni, aby się z nimi zapoznać. Ja to czytam, a tam ani jednego słowa związanego z oświetleniem. Jak rażony piorunem ruszyłem do prezydenta i pytam - co to jest grane? On na to - Zapadła decyzja polityczna, że oświetlenie nie będzie budowane. Jednocześnie nazajutrz, w Radiu Elka regularnie co godzinę zaczyna się ukazywać komunikat, że miasto wyliczyło rzeczywiste koszty oświetlenia i będzie ono wynosić 4,8 miliona. A co z tego skoro jest dwa z centrali, jak miasto i tak musi dorzucić ponad drugie tyle. Jak to usłyszałem dostałem białej gorączki. Już wcześniej miałem sporządzony kosztorys i konsultowałem się z innymi ośrodkami. W Rybniku, gdzie, np. trzeba było zamknąć drogę krajową żeby postawić jeden maszt, koszt oświetlenia wyniósł 2,2 miliona. A u nas nagle spod ziemi wykopano jakąś oderwaną od rzeczywistości kwotę. I jak pan Malepszy powiedział, że to jest decyzja polityczna, to ja pomyślałem, że teraz to ja wam dopiero zrobię, k***a, politykę. To był czwartek, a w piątek złożyłem rezygnację z członkostwa w SLD, a na koniec zwołałem konferencję prasową. W niedzielę natomiast na meczu ligowym chwyciłem za mikrofon i odezwałem się do widzów w taki sposób: - Okłamują was, że oświetlenie będzie kosztować prawie pięć milionów i nie po to broniłem Unii, wyciągając ją z bagna, żeby teraz patrzeć jak administracyjnie będzie spuszczana na niższy szczebel. Nie mam już siły bronić Unii Leszno, niech ją strzeże Opatrzność.

Na ile wyceniono klub, gdy pan go oddawał?

- Wartość była na poziomie plus-minus 9 milionów. Po moim odejściu prezydent przeprowadził coś na wzór audytu. Bilans zysków, strat itp. Nie było się do czego przyczepić, a pięć dni później do klubu przyszedł Dworakowski i porozsyłał faksy, że Sokołowski zadłużył Unię po uszy.

Za pana kadencji Unia świętowała wicemistrzostwo Polski w 2002 roku. Brak złota pana uwiera, czy za te dziesięć lat nie dało się wycisnąć więcej? Zwłaszcza, że Józef Dworakowski doprowadził leszczyński klub do tytułu już trzy lata po objęciu fotela prezesa.

- Miałem pewien kompleks, bo jak mnie ktoś pytał w co celujemy, to odpowiadałem, że w utrzymanie, ale najlepiej na jednym z pierwszych trzech lokat. Przeżyłem z Unią wszystko. Awansowałem z drugiej ligi i wiem jaki to jest wysiłek. Utrzymanie w Ekstralidze to było pikuś przy awansie w tak silnie obsadzonym dwunastozespołowym drugim froncie. Cztery zespoły aspirujące klasę wyżej nie odbiegały siłą rażenia od dolnej połówki w pierwszej lidze. Panicznie bałem się, że wezmę za drogich zawodników i potem spadnę z hukiem. Inna sprawa, że zawsze wolałem stawiać na chłopaków stąd. Nie szczędziłem środków na szkolenie młodzieży. Sięgając po srebro wreszcie trafiliśmy z trzecim zawodnikiem na dwucyfrówkę. Chodzi mi o Sebastiana Ułamka. Później po jego odejściu do macierzystej Częstochowy zagięliśmy parol na Rafała Dobruckiego. Zawodnik odniósł jednak poważną kontuzję i plany się posypały. Po moim odejściu Dworakowski nie wygrał w ligi cuglach. Ba, nie był nawet blisko medalu, pałętał się gdzieś w ogonie tabeli.

Ale przed sezonem 2007 wziął Hampela i to był kluczowy ruch, który dał upragniony najwyższy stopień podium.

- Dwie bańki z miasta i wszystko staje się łatwiejsze. Ale faktycznie Jarek okazał się tym brakującym ogniwem. Obok Adamsa i Kasprzaka został trzecim muszkieterem ciągnącym wynik.

No i Damian Baliński miał sezon konia.

- Nigdy już takiego nie powtórzył, ale czasami tak w życiu jest, że elementy układanki musza do siebie pasować. To wtedy idealnie zagrało.

Ile razy próbowano panu podkupić legendę klubu - Leigh Adamsa?

- A co sezon. Jak trafiał do Unii Leszno, miał złe doświadczenia z polskimi klubami. W Motorze był zmiennikiem Hansa Nielsena i do tej pory nie zapłacono mu za trzynaście meczów. Przeszedł do Wrocławia, ale tam już był Knudsen, więc wygranie rywalizacji z Duńczykiem było niemożliwe. My tak naprawdę daliśmy mu komfort bycia tą pierwszą armatą wśród obcokrajowców. Za moich czasów startował w Lesznie dziewięć lat, kupę czasu. Kiedy Australijczyk organizował turniej pożegnalny, wysłał do mnie kuriera z zaproszeniem. Przesyłka nie dotarła. Spotkaliśmy się jednak później prywatnie i Leigh zapewniał mnie osobiście, że dwa tygodnie prosił klub żeby do mnie dotarli. A oni wygadywali mu, że nie mogą ustalić mojego adresu w Lesznie. Słabe.

A jak to było ze startami Leigh w Unii, bo pan go ściągał?

- Miałem z nim układ. Po każdym meczu u siebie, czy na wyjeździe, wykładałem od razu kasę na stół.

Jakie to były stawki?

- Tysiąc złotych za punkt i dziewięć tysięcy za przyjazd na mecz. Prosty rachunek. Komplet oczek równał się wypłatą dwudziestu czterech tysięcy.

Przy obecnych stawkach, to jakieś drobne na waciki.

- Pewnego dnia przyszedł do mnie i powiedział, że śmieją się z niego w samolocie, bo wszyscy zagraniczni dostają już pieniądze za podpis, a jeszcze nie. Wymyśliłem, że dam mu 90 tys. za parafkę, ale musi nam oddać trzy miejsca reklamowe na swoim kewlarze. My sprzedawaliśmy te logotypy po 30 tys. za sztukę więc nam się to kalkulowało. A jednym tych, który kupował tę formę reklamy był Dworakowski. Za to, zawsze wpuszczałem go na płytę stadionu, gdy przedłużaliśmy kontrakt z Adamsem.

Adams miał też na kombinezonie firmę Polcopper, której właścicielem jest obecny prezes Fogo Unii - Piotr Rusiecki.

- Rusiecki bardzo zaprzyjaźnił się z Adamsem i ta więź łączy ich do dzisiaj. Może miałem momentami pretensje do Piotra, że ta zażyłość jest zbyt mocna... Odnosiłem czasem wrażenie, że Adams po sobocie wygląda na lekko nieświeżego. No, ale ładował takie zdobycze, że pewnie źle się wpatrywałem (śmiech).

Ale z Rusiecki nie ma pan na pieńku jak z Dworakowskim?

- Nie, absolutnie. Szczerze mu kibicuję, bo ma wiedzę jak tym klubem kierować. Sukcesy za nim przemawiają. Najważniejsze, że reszcie wspólników udało się odsunąć Dworakowskiego, choć i tak ma okrutne parcie do mikrofonu. Szczególnie przy podium wyrasta jak z pod ziemi.

Miał pan jakąś gwiazdę na widelcu, która finalnie nie jeździła w Lesznie?

- Zawsze miałem ciśnienie na jeźdźców z Antypodów. Mentalność Australijczyków, jeśli chodzi o sport żużlowy, jest zupełnie inna niż Europejczyków. Przed Adamsem proponowałem powrót do Leszna Gregowi Hancockowi. Ale Amerykanin był świeżo po zdobyciu indywidualnego mistrzostwa świata i rzucił taką cenę, że omal nie zleciałem z krzesła. Grzecznie podziękowałem. Z Adamsem zyskaliśmy stabilność. Nie próbowaliśmy go wymieniać, drapaliśmy się po głowie, kogo dorzucić do niego. Blokowały nas też regulaminowe kruczki typu, że suma średnich dwóch strenieri nie może przekroczyć jakiegoś marginesu. A my trzymaliśmy Adamsa z Jasonem Lyonsem, czyli najskuteczniejszy duet w całej lidze. Rozbito nam parę, szukaliśmy alternatyw żeby kogoś wpasować do KSM-u. Wzięliśmy więc Scotta Nichollsa, który świetnie się zapowiadał. Z ta trójką w grę wchodziła konfiguracja Adams-Nicholls lub Nicholls-Lyons. Odrobinę żałuję, że połasiłem się na Briana Andersena. W Rzeszowie wymiatał, a jak na niego postawiliśmy był cieniem samego siebie.

Zostawmy żużel. Dwa i pół roku temu stacja TVN wyemitowała o panu wstrząsający reportaż zatytułowany "Wrogie przejęcie". Był pan bliski zrewolucjonizowania rynku dostaw żywności dla wojska i służb mundurowych. Opatentował pan rozwiązanie podgrzewania zawartości żywności w konserwach bez użycia energii zewnątrz. Czekała na pana ogromna kasa, ale ktoś chciał uprzykrzyć panu życie, wejść na pana miejsce. Doszło do serii podpaleń. Spłonęły fabryki, samochody. Z dymem poszedł cały pana dorobek. Tropy dziennikarzy prowadziły do Szymona Brockiego z Jawora - producenta wody mineralnej dla wojska. Jesteśmy blisko trzy lata po materiale i pięć po podpaleniach. Na jakim etapie jest śledztwo?

- Na stronie prokuratury okręgowej w Poznaniu widnieje komunikat z 13 stycznia, że złapano bezpośrednich sprawców podpalenia. Tych było dwa. Najpierw zwęgliło się sześć aut, które nie były ubezpieczone. To miał być sygnał ostrzegawczy. Pół roku później w popiół zamieniły się fabryki i hale produkcyjne.

Są powiązani z firmą, która dopuściła się "wrogiego przejęcia" i którą pan podejrzewał o podrobienie produktu?

- Stamtąd. To byli złodzieje samochodów, którzy wzięli pod przykrywkę warsztaty, a w ubiegłym tygodniu dostałem pismo z prokuratury, że wszczęte w tym roku śledztwo i postępowanie przeciwko panu Brockiemu jest zawieszone. Ma to związek z art. 18 kodeksu karnego podżegania do podpalenia.

A to dlaczego je zawieszono?

- A to dlatego, że wysłano za nim list gończy i służby próbują ustalić jego miejsce pobytu. Jak zostanie złapany, śledztwo będzie wznowione. Prokuratura ma twarde dowody na to, że on był głównym prowodyrem i organizatorem tej przestępczej machiny.

W największym skrócie ktoś chciał wejść do wojska pana kosztem. Ich puszka, przeliczając na nasze, kosztowała ok. 30 złotych. Pana trzy razy mniej.

- Musieli wyeliminować moją firmę - Rewis, ponieważ byliśmy za tani. Chcieli wyrzucić nas z rynku brutalną metodą. Ale jakim trzeba być idiotą, żeby ryzykować kilkanaście lat życia za tak marne pieniądze. Po tym jak ten wynalazek został opatentowany otrzymał on laur Lidera Bezpieczeństwa Państwa. W świat poszła informacja, że ministerstwo spraw wewnętrznych pewnego kraju postanowiło, że będzie kupowało to jedzenie z systemem. Przyszli z kontraktem na 40 milionów euro. Ale nie do mnie, tylko do moich dystrybutorów, do których dotarli bezpośrednio. Chodziło przecież o 572 tiry z puszkami. W każdym z nich miało ich być ponad 22 tysiące. Na jednej dystrybutor miał zarobić 2 złote 60 groszy. 250 tys. miało być w formie zaliczki na tira. Wyjeżdża ciężarówka z towarem, miała być przelewana reszta. I te matoły, bo inaczej nie można ich nazwać, zamiast przelać te pieniądze na moje konto roztrwonili je na swoje potrzeby. Szukali na szybko partnera, który pożyczy im kasę. I tu pojawia się wątek Brockiego. Dystrybutor mógł zarobić 37 milionów, a połasił się jeszcze na moje 19. Summa summarum nie zarobili nic i jeszcze wpadli w kłopoty.

Potem Brocki z ekipą przyjechał do waszej firmy i nagrywał jak produkujecie puszki. Ile stracił pan pieniędzy?

- Dokładnej sumy nie mogę panu podać. W każdym razie byłbym w stanie zasponsorować jeden klub żużlowy na równowartość nowego kontraktu telewizyjnego.

Czy firma z materiału, która chciała pana wyeliminować jeszcze istnieje?

- Oni wszyscy są poszukiwani listami gończymi. Może formalnie jest zarejestrowana.

A czym się pan teraz zajmuje?

- Dalej siedzę w patentach. Mam jeszcze mnóstwo pomysłów. Boję się, że mi nie wystarczy życia na realizację. Wie pan, zasady w tym biznesie są jasne. Jeżeli pan coś wymyśli, zawsze będą pana podrabiać. Pod warunkiem, że nie będzie się to komuś opłacać. Podam przykład. Jeansy kosztują 30 zł i nikomu nie przyjdzie do łba żeby bawić się w kopiowanie, ale jak wyjmiesz w portfela 300 zł to już gra jest warta świeczki.

A precyzyjniej?

- Żyję z produkcji. Pracuję w spółce, jestem prezesem i za to biorę wynagrodzenie.

Strzelam, że ciężko było panu stanąć na nogi.

- Jak można się odbudować finansowo po takim czymś? Dla mnie na dzisiaj najistotniejsze jest żeby rozwinąć sprzedaż tych systemów samoistnego podgrzewania. One są już optymalnie dopracowane, ale niestety za mało znane. Ludzie nie potrafią zrozumieć, jak to się dzieje, że dotykasz puszkę, a ona natychmiast robi się gorąca. Niektórzy boją się, że wybuchnie im w dłoniach, a to niemożliwe.

Kogo chciałby pan zainteresować swoim wynalazkiem?

- Życzyłbym sobie żeby państwo nas zauważyło. Takie puszki są idealną opcją dla ludzi, którzy są zaangażowani w walkę z klęskami żywiołowymi przez 24 godziny. Nie zamówi pan cateringu, nie ustawi kuchni polowej. Myślę, że ten produkt sprawdziłby się w karmieniu bezdomnych. Co on zrobi z saszetką ryżu, czy kilogramem mąki na otwartej przestrzeni? A tak wręczamy mu pożywienie, które może otworzyć gdziekolwiek, w dowolnym momencie.

Czytałem, że pana żona nie wychodziła z domu i musiał pan ukrywać syna.

- Na szczęście to już za nami, chociaż ja się nie bałem. Chodziłem po ulicy normalnie, ale chciałem chronić rodzinę. Zadręczałem się, że uderzą mi w najbliższych. A to jest coś, czego pan nie przewidzi. Żadne pieniądze i patenty nie są warte ryzykowania zdrowia rodziny, dlatego uznaliśmy że dla ich bezpieczeństwa lepiej jak ograniczą towarzystwo do minimum.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje